sobota, 14 lutego 2015

47. Time to wake up

-Chester, naprawdę  nie wydaje mi się, że to dobry pomysł. Wiesz, woda jest jeszcze zimna, nie wiemy dokładnie co jest w jeziorze, dawno nie pływałam.- Alea lekko nerwowym głosem podawała nowe powody, dzięki którym miała nadzieje uniknąć "z całą pewnością niezawodnej i skutecznej" terapii przyjaciela, zdaniem którego to właśnie woda ma jej pomóc odzyskać pełnie sił.
-Ostatnio zaczęłaś bardzo panikować, ale oczywiście twoje wahania nastroju nie mają nic wspólnego z niedawno zaistniałymi sytuacjami, których się nie spodziewałaś.- odparł z uśmiechem
-Nie wiem o czym mówisz- odpowiedziała nawet na niego nie patrząc
-Z całą przyjemnością ci wyjaśnię promyczku!- zawołał Trip stojący za nimi. Cała trójka stała na małym pomoście zajdującym się przy jeziorze na ich posiadłości. Alea stała najbliżej krawędzi patrząc w wodę. Starając się dostrzec co znajduje się na dnie, albo starając się znaleźć odpowiedź na swoje niewypowiedziane pytania. Zignorowała wtrącenie Tripa, ale ten, zupełnie się tym nie przejmując kontynuował.- Alea, wiemy, że zostawienie cię dla ducha może być nieco bolesne, ja osobiście dosyć bym się wkurzył, gdyby dziewczyna zostawiła mnie dla trupa, ale zaraz potem zacząłbym się zastanawiać, czy wszystko z nią w porządku. Spójrz na to z innej strony, dzięki temu znowu jesteś z Mattem, który nie jest dwulicowym i dupkowatym arystokratą z mroczną przeszłością. Jesteś z nim szczęśliwa, albo świetnie to udajesz. Nie wydajesz się być załamana zerwaniem kontaktów z Draco, ale czasem ci go brakuje, jasne, zrozumiałe,ale przecież to nie może być powód dla którego nagle tracisz nad sobą kontrolę. Minęło sporo czasu a ty jesteś w tym samym miejscu co wtedy, kiedy oznajmiłaś nam radosną informację, że Malfoy już u nas nie zagości.
-Trochę taktu Trip...-mruknął Chester
-Nie tym razem mój drogi, młody i kompletnie w tej chwili bezużyteczny przyjacielu. Za długo dostawała taryfę ulgową. Czas wziąć się w garść, a teraz jest na to najlepszy moment. Mamy pewność, że w jej otoczeniu są osoby, które chcą dla niej jak najepiej, więc czas się brać do roboty. Ja rozumiem, że ostatnio sporo spadło ci na głowę, ale nie jesteś z tym sama Alea, więc do cholery nie rób z siebie ofiary, daj sobie pomóc i weź się w garść.
-Trip!- upomniał go ponownie
-Nie Chester, on ma racje- powiedziała cicho Alea. - To trwa za długo. Nie możemy sobie już pozwolić na taki zastój. Zbliża się coś złego i wszyscy o tym wiemy. Ataki się powtarzają, wioska jest w niebezpieczeństwie, potrzebujemy pełni mojej mocy, a nie tego, co jest teraz. Zrobimy to Chezz. Obiecuję.
-Widzisz obrońco, z kobietami trzeba krótko i zdecydowanie- podsumował z uśmiechem Trip
-Przypomnij mi, kiedy ostatnio miałeś dziewczynę znawco?- brunet odwrócił głowę w kierunku przyjaciela i uniósł do góry brew.
-Mieć to miałem jakąś  w ostatnim tygodniu...jak ona miała na imię, Marta? Marla...Marle...
-Wystarczy Trip! Doceniam szczerość, ale nie interesuje mnie z kim sypiasz- wtrąciła Alea, rozbawiona wymianą zdań przyjaciół. - Spróbujemy jutro, przed świtem.
-Czemu tak wcześnie? Będzie ciemo, jeśli coś się stanie trudniej nam będzie zareagować.
-Więc nie dopuszczę do tego, żeby coś poszło nie tak.
-I to mi się podoba- uśmiechnął się Trip. - Wreszcie gadasz jak prawdziwy Salarin. Do naszej operacji mamy jakieś 10 godzin, proponuję zsynchronizować zegarki, zająć się swoimi sprawami i widzimy się tutaj jutro punktualnie o 3.
-Przypominam, że nie jesteś tajnym agentem Trip...
-Ale jestem czarodziejem, równie tajnym. Nie chcesz, żeby Matt przy tym był? Ściągniemy go tutaj.
-Nie trzeba, ma ważniejsze sprawy na głowie.
-Co może być ważniejsze od nauki pływania pani Salarin?- zakpił
-Śledzenie Mauro, wrócił do miasta i mam wrażenie, że to nie zwiastuje niczego dobrego.- odparła, po czym wyminęła mężczyzn i udała się w kierunku zamku, zostawiając ich za sobą.
-Pozwolimy im samym zająć się tym zdrajcą? Przecież on ich zmyli przy pierwszej możliwej okazji.- stwierdził Trip
-Może trzeba pozwolić im działać. Znasz Alee, jest uparta i tak zrobi to, co chce.
-Ale żeby mieszać w to Matta?
-On wie co robi, nas też kilka razy wykiwał.- uśmiechając się wzruszył ramionami i podobnie jak dziewczyna, udał się do zamku.

Marlene nerwowo chodziła po kuchni swojego przyjaciela. Spotkała się z nim pierwszy raz od ponad miesiąca. Przez ten czas była zajęta poszukiwaniami Mauro i kiedy wreszcie udało się jej ponownie ściągnąć do miasta, dowiedziała się co działo się podczas jej nieobecności. 
-Mogłabyś przestać się tak kręcić? Niedobrze się robi- spytał chłodno Draco.
-Przepraszam po prostu kiedy chodzę, mózg częściej obija się o ściany i dzięki temu lepiej mi się myśli. Powinieneś spróbować, a nie! Zapomniałam, że zamiast mózgu masz tam kupę gówna! 
-Twoje słwnictwo staje się coraz bardziej prymitywne- blondyn przeciągnął się na krześle, oparł tył głowy na scianie i przymknął oczy.
-Dobrze, że ty się nie cofasz! Jak mogłeś, a właściwie jak możesz być aż takim kretynem? 
-Też zadaje sobie to pytanie. Jak mogłem być tak ślepy, że nie widziałem jak Salarin mną manipuluje? A ojciec ostrzegał, że...-urwał w połowie zdania. Stał się nieuważny, zapomniał, że Marlene nic nie wie
-Ojciec?- spytała z błyskiem w oku.- Ten, który dla nas wszystkich był tematem tabu wiedział o Alei? To bardzo ciekawe Malfoy i jestem pewna, że chcesz mi o tym opowiedzieć.- stanęła przed nim wpatrując się dokładnie w jego twarz.
-Za dużo sobie dopowiadasz Cooper. Przecież to normalne, że rodzice wiedzą, że z kimś się spotykam. A z resztą czemu mam ci się tłumaczyć? To ty znikasz na kilka tygodni i wracasz z pretensjami, zamiast jakimś wytłumaczeniem.
-Tak Malfoy, normalne, ale nie u ciebie. A ze zniknięcia też nie muszę ci się tłumaczyć.
-Więc nie wymagaj tego ode mnie. Odpuść sobie Każdy ma jakieś sprawy o których nie chce nikomu mówić, a ty ostatnio masz ich coraz więcej, ale jakoś potrafię to uszanować, więc z łaski swojej zrób to samo.- wlepił w nią lodowate spojrzenie, ale nie zmieniło to jej zaciętej miny.
-Robisz wokół siebie coraz więcej wrogów Malfoy. Nie widzisz jak odpychasz od siebie ludzi. Nie masz zbyt wielu przyjaciół a i tak ich nie szanujesz. Zamiast tego zamykasz się w swoim świecie. Kiedy z niego wyjdziesz, zorientujesz się, że nie masz nikogo. Ile osób musi jeszcze zginąć, żebyś się obudził? A może kto jeszcze musi zginąć, żebyś w końcu pojął, że jesteś w samym środu cholernego piekła i przez swoją głupotę straciłeś jedynego sojusznika!- wrzasnęła blondynka, rzucając ze swoich zielonych oczu pioruny
-O czym ty do diabła mówisz?- wstał i stanął przed Marlene, górując nad nią wzrostem.
-Dobrze wiesz o czym mówię Draco. -odparła spokojnie- Dobrze wiem kim jesteś, kim jest Alea, jej brat, jej przyjaciele. Wiem czego tak bardzo boi się Alea i co masz jej za złe. Wiem też, że jesteś w ogromnym błędzie  i jeśli w porę się nie opamiętasz przypłacisz to życiem.- dodała opanowanym głosem, zupełnie szokując Dracona, stał patrząc na nią i nie mówiąc nawet słowa. Nie potrafił zrozumieć. Nie potrafił pojąć. 
-Alea ci powiedziała?- spytał z pogardą, kiedy był  w stanie się odezwać
-Mogłam się spodziewać, że wszystko zrzucisz na nią. Teraz to Alea będzie winna całemu złu, prawda? Bo jako jedyna ci się sprzeciwiła. I miała racje. Nigdy tego nie docenisz, ale ona uratowała tym twoje marne, nic nie znaczące życie Malfoy. 
-Nie rozśmieszaj mnie. Przez cały czas bawiła się nami. Pocieszała, udawała. A w każdej chwili mogła przywrócić Leailę! Już o niej zapomniałaś? Zapomniałaś, jakimi przyjaciółkami byłyście?! Może ty potrafisz tak szybko zastąpić sobie ludzi, ale ja nie! Salarin jest cholernym zdrajcą. Nie zrobiła nic, żeby nam pomóc, a ty jeszcze jej bronisz. Kompletnie zwariowałaś. Wyjdź! Nie mam zamiaru na ciebie patrzeć. Leć do Alei, jesteście siebie warte.- odwrócił się i udał się w kierunku wyjścia z kuchni.
-Nie skończyłam Malfoy. Wiem, że tego nie pojmiesz, ale powiem to raz i nie będę musiała już nigdy więcej na ciebie patrzeć. Leaila nie wróci. To, co cię odwiedza to nie ta dziewczyna, którą znaliśmy. Leaila utknęła gdzieś między światami i każde jej spotkanie z tobą powoduje, że coraz bardziej się rozdziera. Nie ma już tamtej Leaili! Jeśli Alea by ją przywróciła, to Leaila byłaby pusta. Zupełnie pozbawiona duszy, zdana na łaskę tego, kto ją ożywił. Bez duszy, bez uczuć. Tylko zwykłe ciało i nic więcej
-Kłamiesz
-Myślisz, że nie chciałabym, żeby wróciła? Była moją siostrą! Kochałam ją jak nikogo innego, ale ona już odeszła! Ten, kto jest martwy musi zostać martwy. Równowaga musi zostać zachowana, a ona ją zaburzyła. Przez to, że nie możesz pogodzić się z jej śmiercią tylko pogarszasz jej stan. Ona nie może znaleźć spokoju, jeśli coś ją tutaj trzyma, a jesteś to ty. Chociaż biorąc pod uwagę twoje zachowanie, niedługo do niej dołączysz. Kolejka do ciebie ustawia się zaraz za drzwiami. Oni czekają, aż zostaniesz sam, żeby w końcu cię dopaść. Nie zauważyłeś tego? Te wszystkie ataki, to nie było uderzenie tylko w Alee, to było uderzenie w ciebie! Ciebie też chcą dopaść. Nie myśl, że winy przeszłości zostają tak łatwo przebaczone. Oni nie przebaczają, jeśli uciekasz od kary, a to przez ostatnie lata robiłeś. Zawsze byłeś tchórzem Malfoy. Ty i twoja rodzina. Robicie co wam się podoba, a potem chowacie się w jaskiniach, żeby nikt was nie dorwał. Do tej pory się udawało, ale ten czas już minął. Każdy musi ponieść karę. Na każdego przyjdzie jego czas.
-Kim ty jesteś?- spytał kompletnie zdezorientowany- Kim byłaś przez cały ten czas?
-To teraz mało istotne Draco. Im mniej wiesz, tym lepiej śpisz, a tobie przyda się teraz sporo snu. Oni nadchodzą. Módl się, żeby ktoś ich powstrzymał.- odpowiedziała i szybkim krokiem wyminęła dawnego przyjaciela, po czym wybiegła z jego klatki. Na dole już czekał na nią Mauro. 
-Wygadałaś wszystko, czy coś udało się jeszcze ukryć?- spytał z uśmiechem
-Powiedziałam tylko najważniejsze rzeczy. Dam mu kilka dni na przemyślenie wszystkiego, więc musimy mieć na niego oko. Zobaczymy co zdecyduje.- westchnęła
-Salarini tym razem ich nie uratują.
-Frollo i Niobe nadal nie dają znaku życia. Alea to chyba teraz wróg numer jeden Malfoya, a Claw...to zawsze był Claw. Na niego nie można liczyć. 
-Przecież jak teraz ktoś zabije Malfoya to cały plan...
-Daj spokój z planem, przestał być aktualny dawno temu. Skup się na tym, żebyśmy my przeżyli. 
-Jeśli teraz nikt mnie nie zabije zrobi to świta cudownego brata Alei. Jak myślisz czemu ukrywałem się tyle czasu? 
-Do tego jeszcze wrócimy. Teraz musimy iść do Ann. Trzeba ściągnąć tu Alee i o wszystkim jej powiedzieć.
-Czyli jednak jej ufamy?
-Nie mamy wyjścia Mauro, tylko ona nam została. 

Było przed północą. Claw był w swojej komnacie. Trip i Chester byli w wiosce. Mieli wrócić przed trzecią pomóc Alei. Ciemnowłosa ubrana w białą koszulę nocną i długi czarny płaszcz cicho wyszła ze swojej komnaty. Boso, by nie wydać żadnego dźwięku przemierzała długie i ciemne korytarze. Oświetlała sobie drogę wiszącym nad jej dłonią płomieniem. Mijała rycerzy i wyszła na zimne, nocne powietrze. W oddali słyszała odgłosy stworzeń z lasu. Niektóre groźnie warczały, wlepiając błyszczące oczy w postać idącą przez polanę. Część zupełnie niezainteresowana kontynuowała swoje nocne spacery. Bała się. Zamek nawet w dzień jest przerażający. A kiedy jest ciemno? Widać, jakby duchy wszystkich zamordowanych wciąż się tam błąkały, nie mogąc znaleźć drogi. Gwiazdy i księżyc oświetlały górę zamku, ukazując jego wielkość. Trawa pod jej stopami była nieprzyjemnie mokra i zimna. Trzęsła się, nie wiedząc jednak do końca, czy z zimna, czy ze strachu. Powoli zbliżała się do pomostu, coraz mniej pewna swojej decyzji. Nie chciała, żeby przyjaciele w tym uczestniczyli. Jeśli coś poszłoby nie tak. Jeśli wszystko byłoby na marne, nie chciała widzieć ich zawiedzionych twarzy. Stanęła przed drewnianą kłodą. Dotknęła jej jedną nogą i lekko ją cofnęła. Jeśli coś pójdzie nie tak, nikt jej nie pomoże. Jest zdana tylko na siebie. Przez całą długość pomostu zostawiła płomienie. Miała nadzieje, że będzie je widzieć pod wodą i to pomoże jej wrócić. Kilka zawiesiła bezpośrednio nad czarną teraz taflą. Odbijało się  w niej kilkadziesiąt gwiazd. Niech  i one będą jej przewodnikiem. Drżącymi dłońmi zsunęła z siebie płaszcz i usiadła na skraju pomostu. Zamoczyła stopy w lodowatej wodzie. To może się udać. Magia Alei pochodzi z natury. Jest powietrzem, ziemią, ogniem i wodą. Każde osobno ma ogromną moc, ale dopiero łącząc się odpowiednio, potrafią zdziałać ogromne rzeczy. Ogień może istnieć tylko jeśli istnieje powietrze. Woda istnieje, kiedy ma swoje granice, które tworzy jej ziemia. Ale mogą też zaszkodzić. Powietrze może rozprzestrzenić ogień. Ziemia może pochłonąć wodę. Ziemię może roznieść powietrze. Woda może ugasić ogień. To siła żywiołów tworzy niszczycielską i niesamowicie potężną magię Salarinów. To dzięki przyjaźni z naturą, mogą robić takie rzeczy o których inni czarownicy nawet nie śnią. Ale nie mogą doskonale opanować wszystkich żywiołów. Każdy ma swój. Który jest jego przyjacielem. Jego największą obroną. Tarczą. Przeszkodą. Alee pokochał ogień. Mimo jej wewnętrznego chłodu. A może własnie przez niego. To ogień jest jej partnerem. I to on jest jej ograniczeniem. Kiedy coś jej zagraża płomienie pojawiają się bez jej woli. Nie pozwolą jej skrzywdzić, ale nie pozwolą też pójść dalej. Kiedy przyjaciele chcieli sprowokować Alee do ukazania nowej mocy, ogień im przeszkadzał. Stąd pomysł z wodą. W wodzie nie ma ognia. Będzie zdana tylko na siebie. Na swoje instynkty. Na resztę żywiołów. Musi zaprzyjaźnić się z ziemią, by nie chciała jej zabrać. Z powietrzem, by pozwoliło jej przeżyć. Z wodą, by chciała ją przyjąć. Zamknęła oczy i powoli zsunęła się w dół. Poczuła jak chłód ogarnia jej ciało. 
-Re ke phela. Re ke ba uena. Nka na le mphe. Khutle ela.- wyszepała i pozwoliła sobie powoli opaść na dno. Nie otwierała oczu. To nic by nie zmieniło. Wokół była tylko ciemność. Czuła tylko przeraźliwe zimno i to, że zaczyna brakować jej powietrza. Była coraz bliżej dna, a obok nikogo, kto pomoże jej się wydostać. Zaczęła panikować. Jej ciało znieruchomiało. Jakby nie chciało jej pomóc. Czy tak już kiedyś nie było? Ona już raz była na dnie. Plątała się we wszystkim, co robiła, tak jak oplatały ją teraz rośliny z dna jeziora. Upadała na własne życzenie. Sama siebie topiła i robiła to w ukryciu, by nikt jej nie pomógł. Może chciała w ten sposób odpokutować. Może chciała odejść z dala. By nikt jej nie powstrzymał. Zaczęła się dusić. Powietrza już prawie nie było, a ona wciąż nie mogła się ruszyć. Zupełnie straciła nad sobą kontrolę. Jak kiedyś. Tak już było. Pozwoliła, by ktoś inny ją kontrolował, a ona tylko wykonywała polecenia. Zupełnie bezmyślnie, krzywdząc innych. Była na dnie długo. Za długo, by mogła potem normalnie funkcjonować. To by ją zabiło. Dlatego ktoś podarował jej drugie życie. By mogła zacząć zupełnie od nowa. Ale ona wróciła na dno, lecz tym razem nie pozwoli, by ktoś inny ją uratował. Otworzyła oczy i skupiła się na tym, by poczuć ciepło. By ogień nie pojawiał się na zewnątrz, tylko w niej. Czuła jak odzyskiwała władzę nad ciałem. Powoli. Najpierw palce, potem całe dłonie, przedramiona. Ciepło płynęło wraz z jej krwią, do serca. To takie banalne, ale dopiero kiedy poczuła ciepło właśnie tam, zrozumiała, że od teraz tylko ona decyduje co zrobi i którą drogą pójdzie. Ale najpierw musi wypłynąć. Zebrała w sobie resztki sił i odbiła się od dna, płynąc w stronę świecących kul, gdzieś na górze. Czuła, jak jej płuca niemal się palą i nie sądziła, że tak niesamowitą ulgą będzie dla niej możliwość zaczerpnięcia powietrza. Ledwo unosząc się na powierzchni i krztusząc się, dopłynęła do pomostu, ale nie miała siły się na niego wspiąć. Ktoś jej pomógł. Poczuła jak silne ramiona wyciągają ją z wody, po chwili szczelnie okrywają płaszczem i mocno wtulają w swoje ciało, chcąc dać jak najwięcej ciepła i poczucia bezpieczeństwa.
-Jesteś kompletnie nieodpowiedzialna. Umawialiśmy się na coś. Mogłaś się zabić- mówił drżącym głosem blondyn. Alea uśmiechnęła się lekko, wtulona w ciało mężczyzny.
-Nie spodziewałam się, że ze wszystkich to ty przybiegniesz na ratunek. Dziwne, że nie wskoczyłeś do wody.
-Jestem niepoczytalny, ale nie aż tak. I jakaś mała część mnie wierzyła, że jednak sobie poradzisz.
-Brzmi, jakbyś doskonale wiedział, co planuje zrobić.
-Jesteś moją siostrą, chociaż tak bardzo się przed tym bronisz tak jest i znam cię. Wiedziałem, że będziesz chciała zrobić to sama, dlatego, żeby nie dać ci tej satysfakcji ciągle tu siedziałem i czekałem, aż wypłyniesz.
-A jeśli bym nie wypłynęła? 
-Pomógłbym ci, jak zawsze siostrzyczko. - w głosie Clawtena zabrzmiało coś, czego się nie spodziewała, czułość. Braterska czułość za którą tak bardzo tęskniła. To była rzecz, dzięki której poczuła w sobie moc. Rodzina. To oni jej pomogli. Nie ważne jacy są. Muszą trzymać się razem. Teraz ma tylko brata i wiedziała, że to na niego może liczyć. 
-Claw...Byłam potworem, prawda? To dlatego zabrano mi moc.
-To już nie jest ważne. Ważne, że ją odzyskałaś i że nie masz powodu, by znowu nim się stać. Nie ma teraz rzeczy, która by cię złamała i przywróciła tę część wspomnień, rozumiesz? - odsunął ją od siebie, by spojrzeć na jej twarz. Była przerażona, ale wiedział, że sobie poradzi. - Wróćmy do zamku, jesteś cała mokra, ja przez ciebie też, a niespecjalnie mamy czas na zamarzanie na dworze. - podniósł się i pomógł wstać dziewczynie, ale widząc jej bose stopy tylko pokręcił głową z wyrazem dezaprobaty i przerzucił przez ramię. Postawił ją dopiero pod drzwiami jej skrzydła i chciał bez słowa odejść, ale zatrzymała go łapiąc za rękę.
-Powiedz, co robiłeś przez cały ten czas? Gdzie byłeś podczas Bitwy, po niej? Przez te wszystkie lata.
-Obserwowałem cię  z bezpiecznej odległości i skupiałem na tym, żebyś nigdy się na mnie nie natknęła. Brzydziłem się tym, jaka się stałaś...Przestałaś być moją małą siostrą, stałaś się kims zupełnie obcym. Kimś kogo nie znam, więc po prostu odszedłem. 
-Może gdybyś został, to by się nie stało- szepnęła
-Może...ale tego już się nie dowiemy Alea. Śpij dobrze, jutro czeka nas ciężki dzień, musisz być silna.- uśmiechnął się do niej i odwrócił się, idąc w stronę korytarza
-Czemu tu jesteś, skoro nie chciałeś mieć ze mną nic wspólnego? Dlaczego wróciłeś? 
- Ten rodzaj miłości jednak nigdy nie umiera. Siostro



_________________________________________________________________________________
Jak widzicie, rozdział po bardzo długiej przerwie się pojawił. Nie zostawię Brillianta. Historia musi się skończyć, ale niestety rozdziały nie będą pojawiać się regularnie. Następny może pokazać się za miesiąc, może za pół roku. Tego nie wiem. Wiem, że przez to stracę wielu czytelników, już duża część straciła cierpliwość, czemu wcale się nie dziwię. Dlatego jestem jeszcze bardziej wdzięczna tym, którzy nadal czekają. W życiu Alei dużo się dzieje, ale i moje nabrało ogromnego tempa, przez co wena do pisania i chęć muszą być schowane do szuflady i ustąpić miejsca innym. Zmieniły się priorytety, ale nie zostawię tej historii bez zakończenia. Został jeszcze rok do opowiedzenia, a sami wiecie, co moze się wydarzyć w takim czasie. Trzymajcie sie ciepło. Arlandria :)




niedziela, 17 sierpnia 2014

46. Go away

Dracon Malfoy siedział na krześle przy swoim biurku. Z grymasem odkładał każdy rysunek Alei,wyciągnięty spomiędzy swoich książek i dokumentów. Rzeczy dziewczyny walały się dosłownie wszędzie. Draco odniósł wręcz wrażenie, że przejęła ona całe jego mieszkanie. Co chwila potykał się o jej ubrania rzucone na podłogę. Znajdował szkice pod łóżkiem, na blacie kuchennym były pozostałości po ziołach, a w szafce ubywało naczyń, kiedy zbyt się zdenerwowała i coś przypadkiem się roztrzaskało. Radziła sobie coraz lepiej, ale moc ją przerastała. Clawten bardzo dosadnie uświadomił go, że ta niepozorna, kapryśna dziewczyna jest tykającą bombą. Wystarczy jedno, nieodpowiednie słowo i stanie się nie do opanowania. Z jednej strony to przydatne, przez takie wybuchy może się świetnie bronić. Jednak z drugiej, jeśli straci nad sobą kontrolę w nieodpowiednim momencie, strach pomyśleć jakich zniszczeń może dokonać. Jeśli wpadnie w szał, jedynie moc Clawtena może ją powstrzymać. Jako jedyny jest silniejszy. Być może ich wspólna wyprawa nauczy ją opanowania i pokory. Podczas jednego ze wspólnie spędzanych wieczorów w zamku padło bardzo ważne pytanie. Gdzie są ich rodzice? Czy w ogóle żyją? Od tylu lat nikt nie miał od nich wiadomości. Sam Claw przeszukał wszystkie znane mu posiadłości, by znaleźć chociaż ślad ich obecności. Na nic. Jakby zapadli się pod ziemię. By upewnić się, że nie zapadli się pod nią dosłownie, postanowili wybrać się do Viata Pădure. Jest to miejsce niemal święte dla Salarinów. Nikt poza nimi nie zna jego lokalizacji, nikt inny by tam nie trafił. Ponoć jest to magiczne miejsce, ale co takiego tam się znajduje, wiedzą tylko oni. Obawiał się tego, że rodzeństwo uda się tam samo. Ich relacje nie poprawiły się na tyle, by mogli w spokoju wspólnie przebywać, a co dopiero być zdanym tylko na siebie. Chociaż przestali rzucać w siebie urokami, a okiennice coraz częściej pozostają nienaruszone podczas ich sprzeczek nadal uważał, że nie był to dobry pomysł. Trip, albo Chester powinni z nimi polecieć. Sam chętnie by to zrobił, by mieć ich na oku, gdyby nie ostatnio panujące kontakty z Aleą. Przed ich podróżą wrócili na kilka dni do Londynu. Głównie po to, by sprawdzić co z Marlene, ale Alea uparła się, że musi spotkać się z Livią i Mattem. Od tego spotkania było inaczej, Chodziła rozkojarzona, praktycznie nie słuchała o czym do niej mówił, a gdy pytał o co chodzi zbywała go, tłumacząc się stresem przed podróżą z bratem. Było coś jeszcze. Czuła się nieswojo. Często widział, jak spłoszona odwracała od czegoś wzrok, jak nerwowo zaciskała pięści, mówiła coś pod nosem. Odejdź.  Odwracała się gwałtownie na każdy ruch, czy cień. On też czuł się dziwnie. Czuł czyjąś obecność w mieszkaniu. Czasem miał wrażenie, że widzi kogoś w odbiciu lustra, albo jak coś przemieszcza się po pokojach. Nie czuł strachu. Zazwyczaj z czyjąś obecnością wiąże się napięcie. On tego nie czuł. Był zupełnie spokojny. Zniszczysz go. Miał wrażenie, że ktoś go obserwuje. Ale tak jakby ta obecność nie była zła. Odłożył wszystkie rysunki na brzeg biurka, gdzie powinny znajdować się od początku ich powstania. Nie zwracał uwagi na to, co na ich było. Zbyt duży natłok informacji stał się przytłaczający, dlatego starał się od tego odciąć. Usłyszał ruch za sobą i gwałtownie się odwrócił, ale cokolwiek tam było, zdążyło uciec. Zastanawiał się, czy ktoś faktycznie jest w jego domu, czy tylko chce, by tak było. Zbliżały się urodziny Leaili. Wciąż za nią tęsknił. Zastanawiał się, czy kiedykolwiek przestanie, ale to chyba nie było możliwe. Za bardzo ją kochał. Alea pojawiła się w jego życiu, ale nie zastąpi Leaili. Trip wspominał kiedyś o matce Alei. Powiedział, że miała niesamowitą moc. W dziwnych, nikomu nieznanych wierzeniach była kimś w rodzaju kapłanki. A kapłani potrafią być w dwóch światach jednocześnie. Są przejściem, między światem żywych, a umarłych. A skoro potrafią przeprowadzić ludzi na jedną stronę, to czemu nie na drugą? Kiedy Draco spytał, czy Niobe faktycznie potrafiła sprowadzać ludzi do świata żywych, on tylko się zaśmiał i stwierdził, że gdyby to było możliwe i Alea potrafiłaby kontaktować się z tamtym światem, a do tej pory nie zauważył u niej nocnych pogaduszek z duchami. Zdawał sobie sprawę z tego, że to nie jest możliwe. W końcu nikt nie może być panem życia i śmierci, jednak nie mógł przestać o tym myśleć. Kiedy przypadkiem wspomniał o tym Alei, odparła, że gdyby to było możliwe i nieszkodliwe, ożywiłaby wszystkich, którzy odeszli zbyt wcześnie. Wszystkich. Więc też Leailę. Co by było, gdyby Alea mogła ją sprowadzić? Poprosiłby o to? A może sama by się domyśliła. Czy byłaby świadoma, że gdyby była taka możliwość, bez zastanowienia wybrałby Leailę, nie zważając na konsekwencje? Może wiedziała i to dlatego, ukrywała przed nim tę moc. Szybko odgonił od siebie tę myśl. Alea może nie miała najbardziej szlachetnego serca z osób, które znał, ale nie zrobiłaby mu tego. Doprawdy? Nie odebrałaby mu szansy, na szczęście. Znowu ruch. Teraz gdzieś za drzwiami. Wiedział, że mu się nie wydawało. Poszedł do salonu, gdzie wydawało mu się, że skierowała się postać. Trzymał przed sobą różdżkę, był całkowicie gotowy, by w razie czego zaatakować. Jednak to, co zobaczył sprawiło, że zupełnie wmurowało go w ziemię. Opuścił rękę wzdłuż tułowia i wpatrywał się w jedno miejsce. Myślał, że zupełnie zwariował, ale wszystko było zbyt realne, by tylko mu się zdawało. 
-Jak się tu znalazłaś?- spytał drżącym głosem, ale w odpowiedzi otrzymał tylko przepraszający uśmiech. 
-Wróciłaś?- spytał ponownie. Dziewczyna przecząco pokręciła głową. Widział w jej oczach smutek. Ogromny smutek i tęsknotę. Patrzyła na niego z taką samą miłością i czułością jak zawsze.Wyciągnęła do niego bezradnie dłoń, jakby chciała go chwycić, ale po chwili ją opuściła. Orientując się, że to nie jest możliwe.
 - Możesz wrócić?- przytaknęła. -Jak?- wskazała na stos ksiąg rozrzuconych na stole. Ksiąg Alei. Nigdy ich nie przeglądał. Mówiła, że są po francusku i i tak ich nie zrozumie. Podszedł do nich i położył dłoń na pierwszej, ale brunetka zaprzeczyła ruchem głowy. Kiedy dotknął następnej, uśmiechnęła się. Zaczął przeglądać strony, dałby sobie odebrać różdżkę, że spuścił wzrok na kilka sekund, ale kiedy podniósł głowę, dziewczyny nie było. Nagle zrobiło się przeraźliwie zimno, a firanki zafalowały, mimo zamkniętych okien.  Pomyślał, że zupełnie postradał zmysły, ale postanowił przejrzeć księgę. Faktycznie nic z niej nie rozumiał, jeden z wielu podręczników ze szkoły. Jednak pojawiło się kilka stron, które go zaintrygowały. Były to małe kartki, zapisane ręcznie. W zupełnie nie znanym mu języku. Niektóre symbole przypominały starożytne runy. Nie potrafił ich czytać, ale było to coś podobnego do ich, nieco zmodyfikowane. Były też rysunki. Nieskończone. Przedstawiające dłoń, wynurzającą się w wody. Łapę z dużymi pazurami. Kły. Duże kły, z całą pewnością jakiegoś zwierzęcia. Miał trochę czasu do powrotu Alei, więc postanowił dowiedzieć się, co znajduje się a tych kartkach. Był niemal pewny, że Salarin go okłamała. Nie wiedział tylko czemu i w jakim stopniu.  


-Wiesz, myślę, że bardzo ułatwiłabyś nam zadanie, gdybyś się tak nie wlekła, chociaż twoje tempo można nazwać raczej toczeniem się. Pod górę. Bardzo stromą górę. Czy ty w ogóle się poruszasz?- ironizował, lekko wyprowadzony z równowagi Claw. 
-Może po prostu osłaniam tyły? Na każdej misji tak się robi. Ktoś toruje drogę, a ktoś pilnuje tyłu, a kiedy coś atakuje tego pierwszego, ucieka.  Nie oglądasz filmów? - przewróciła oczami, opierając się o drzewo. - Możemy zrobić przerwę? Zmęczyłam się. 
-Przecież robiliśmy niedawno.
-Tak, cztery godziny temu, kiedy wreszcie przyznałeś, że jednak prawdopodobnie nie idziemy w dobrym kierunku. - warknęła, ciężko opadając na ziemię. 
-Przepraszam, że nie jestem pewien gdzie iść w lesie, który kończy się chyba na Alasce. Dodam tylko, że nigdy tam nie byłem. Właściwie nawet nie wiemy, czy coś takiego istnieje. 
-Chcesz mi powiedzieć, że od kilku godzin błądzimy po lesie, szukając miejsca, które może istnieć tylko w legendach? Nie, jak dla mnie świetnie. Całe życie marzyłam o tym, żeby chodzić i podziwiać krzaki i drzewa, które, do cholery wyglądają identycznie! 
-Właśnie, więc nie dziw się, że się zgubiliśmy.
-O nie mój kochany, jedyny i wcale nie denerwujący braciszku. To ty się zgubiłeś, bo jak sam powtarzasz co chwilę, to ty prowadzisz, bo ja się nie znam. 
-Bo kobiety nie mają pojęcia o tym, jak zachowywać się w terenie. Zawsze mężczyzna odpowiada za mapę, kompas, wytyczanie ścieżek, planowanie. A wy co robicie poza gadaniem?
-Myślimy. 
-To czemu tego nie robisz? 
-Masz szczęście, że nie chce mi się wypowiedzieć żadnego zaklęcia. Gwarantuję, że byłoby bolesne. - Alea zmrużyła gniewnie oczy, patrząc do góry na brata. 
-Miałbym szczęście, gdybyś po prostu przestała się odzywać.
-A kilka tygodni temu błagałeś, żebym zaczęła z tobą rozmawiać. Claw, nie mam ochoty na bycie obiektem twoich wewnętrznych kłótni. Uporaj się z tym i dopiero wtedy do mnie mów. 
-Nie wiem co mną kierowało, kiedy zacząłem cię szukać, ale zdecydowanie byłem niepoczytalny. - stwierdził, patrząc z rezygnacją na siostrę, która zachowywała się jak marudna kilkulatka. 
-Gdzie się podziała twoja chęć do ocieplania naszych kontaktów, drogi bracie?- spytała przesadnie miłym głosem.
-Została pogrzebana żywcem na początku lasu, kiedy zaczęłaś mówić. 
-Ranisz.- skomentowała beznamiętnie i niezgrabnie podniosła się z ziemi, otrzepując pelerynę z liści. - To naprawdę bez sensu, że jako jedni z najpotężniejszych czarowników musimy poruszać się o własnych nogach. Jest przecież tyle możliwości transportu.
-Oczywiście pamiętasz o tym, że aura lasu nie sprzyja czarom i żadne magiczne stworzenia spoza granicy tutaj nie wejdą? 
-Oczywiście, że o tym pamiętam. Ruszajmy dalej, może w końcu trafimy.- odparła, po czym zaczęła iść przed siebie, nie oglądając się.
-Alea!- zawołał za nią Clawten
-Czego znowu chcesz? - odwróciła się zniecierpliwiona. Była zmęczona i chciała jak najszybciej  dotrzeć na miejsce. 
-Nie w tę stronę- posłał jej promienny uśmiech, wskazując prawidłowy kierunek. Alea zacisnęła ze zdenerwowania szczękę i szybko go mijając, rzuciła :
-Tylko cie sprawdzałam.- na co Clawten zaśmiał się pod nosem i ruszył za nią. Pozwolił jej prowadzić, widząc, że trzyma się kierunku. Szedł w bezpiecznej odległości, by nie dostać kawałkiem gałęzi, dlatego nie zrozumiał, kiedy Alea spytała:
-Czujesz to?
- Co mam czuć?- zapytał podchodząc bliżej
-Mam wrażenie, że jesteśmy na miejscu- powiedziała cicho, robiąc ostrożnie krok w przód. Clawten zrównał się z nią i przytaknął kiwnięciem głowy. Ziemia była jakby innego koloru, była czymś w rodzaju granicy. Początkowo drzewa nie różniły się od tych z wcześniejszej części lasu. Nagle jednak uderzyła w nich siła, bijąca z pni drzew. Zupełnie obumarłych drzew. Tam gdzie stali, konarów było najwięcej, od każdego z nich biła moc. Ale ta moc była...martwa. Spojrzeli na siebie i powoli szli do przodu. Znaleźli to miejsce. Właśnie znajdują się w Viata Pădure. Świętym miejscu dla Salarinów, gdzie każdemu z członków rodu odpowiadało jedno, potężne drzewo. Drzewo rosło razem z danym czarownikiem. Umierało razem z nim, ale nic nie było w stanie go zniszczyć. Alea rozglądała się dookoła, była przytłoczona tym miejscem. Ciężko było jej oddychać. Każdy kolejny wdech wiele ją kosztował. Musiała przytrzymywać się drzew, by nie upaść, ale każdy kontakt z korą był dla niej bolesny. Jakby wszystko chciało jej pokazać, że nie powinno jej tutaj być. Claw nie zwracał na nią uwagi, szedł przodem pochłonięty mocą. On czuł się tam doskonale. Czuł w sobie ciepło, energię. Odwrócił się, kiedy usłyszał za sobą hałas. Zobaczył, że Alea podpiera się o ziemię, klęcząc. Podbiegł do niej i podniósł jej głowę do góry. Ciężko oddychała, a kosmyki włosów przyklejały się do spoconych policzków. 
-Co się dzieje?- spytał przestraszony. Alea próbowała coś odpowiedzieć, ale głos ugrzązł jej w gardle. Ręce się pod nią załamywały, każda chwila przy martwych drzewach zabierała jej siły. Nie myśląc dłużej wziął ją na ręce i ruszył niemal biegiem przed siebie. Minął dziesiątki, może setki martwych drzew, by dotrzeć do tych, których poszukiwali. Zaleźli te cztery drzewa, a których im zależało. Położył ją ostrożnie pod najmniejszym z nich, cierpliwie czekając, aż odzyska siły.
-Co to było?- zapytała słabym głosem. 
-Przodkowie. Nie są zadowoleni z twojej obecności.
-Myślałam, że chociaż rodzina mnie poprze- odparła, posyłając mu zbolały uśmiech. 
-Nie spodziewałem się aż takiej reakcji. Nawet po nich. Coś musi im bardzo w tobie nie odpowiadać. 
-Ale tutaj już jest lepiej. Myślisz, że ci ostatni mnie lubili? 
-Ciężko stwierdzić, ale myślę, że są miej radykalni niż ci, sprzed kilku stuleci. Zaleźliśmy je. Wiesz o tym?
-Jeszcze nie oślepłam. Nie wiem, czy mam się cieszyć, czy nie.
-Rodzice żyją.
-Ale ich przy nas nie ma. Coś musiało się stać, że zniknęli i jeszcze się nie pojawili. 
-Może mają powód?
-Który rodzic znika na kilka lat i nie wraca nawet wtedy, gdy jego dzieci są w śmiertelnym niebezpieczeństwie? 
-Może właśnie to jest ten powód- odparł Claw- Może ich tu nie ma, bo wiedzą, że ich obecność tylko pogorszyłaby sytuację. 
-Może...mam nadzieję, ze masz rację, ale jest jeszcze jedna rzecz, która mnie niepokoi. Spójrz na moje drzewo. Było podpalone. 
-Myślisz, że ktoś chciał cię w te sposób zabić? Przecież to nie jest możliwe. 
-Myślę, że ktoś chciał w ten sposób ukryć to, że żyję. Pytanie tylko, kto to był i czy to ta sama osoba, która usunęła mi pamięć.  
-Jeśli to ktoś inny, to chyba masz więcej wrogów, niż ci się wydawało. I nie mogę oprzeć się wrażeniu, że te osoby w końcu połączą siły i uderzą w nas wszystkich. 
-Uderzą od środka, prawda? 
-Już zaczęli eliminować przeszkody. Przetrwają najsilniejsi, a wśród nich jest zdrajca. 
-Czyli pomagamy przeżyć temu, kto chce nas wykończyć? Kto by pomyślał, że Salarini dadzą się tak podejść. - westchnęła zrezygnowana. 
-Nie poddawaj się tak łatwo siostrzyczko. Mamy coś, o czym inni boją się pomyśleć.- uśmiechnął się do niej przebiegle. - Mamy moc o której nikomu się nie śniło, a jeśli będziemy trzymać się razem, będziemy nie do pokonania, rozumiesz? 
Rozumiała. Wiedziała, że jedyną szansą na przeżycie będzie współpraca z jej bratem. Tylko on może jej pomóc w odkrywaniu mocy. Wiedziała, że nie może zaufać mu w stu procentach. Nie zrobiłaby tego. To co jej zrobił siedziało w niej zbyt głęboko. Ale przyszedł czas na schowanie dumy i urazów. Zbliżała się wojna. Trzeba było zawrzeć z kimś sojusz. A z kim, jeśli nie z rodziną? 


Młody Malfoy chodził od ściany do ściany. Dostał od Alei kurka  z informacją, że podróż się udała. Ich rodzice żyją, a ona pojawi się w mieszkaniu na wieczór, ponieważ ma mu coś ważnego do przekazania, co jest za długie na wiadomość. Starał się być spokojny, ale nie potrafił. Okłamywała go, przez cały ten czas go okłamywała. Tylko czemu? Czy faktycznie była aż taką egoistką? Czy miała w tym swój cel? Jak mogła być tak bezduszna, że zataiła przed nim informacje, że może pomóc wrócić Leaili. Mógłby wrócić David, Vincent, Adam. Czy to nie były osoby, które odeszły zbyt wcześnie? Usiadł na skraju łóżka i przetarł twarz dłońmi, by po chwili ją tam ukryć. Był zły, rozżalony, rozczarowany. Nie spodziewał się tego po Alei. Wszystkiego, ale nie tego, że celowo zrobi coś, co w niego uderzy. Chociaż właściwie co on o niej wiedział. Zupełnie nic. Przez chwilę myślał, że byli sobie bliscy, że kiedyś im się ułoży. Teraz wiedział, że to było niemożliwe. Alei nie zależało na jego szczęściu. Ją obchodziła tylko jej osoba. Usłyszał przekręcany klucz w zamku. Otwierające, a po chwili zamykające się drzwi. Słyszał wołanie dziewczyny i stukot jej obcasów, kiedy szła do pokoju. Mimo to, nie zmienił swojej pozycji. Bał się, że minimalny ruch spowoduje, że wybuchnie. 
-Wołałam cię, nie słyszałeś?- spytała pogodnym głosem, ale kiedy nie zauważyła jakiejkolwiek reakcji, spoważniała. - Draco, coś się stało? - podniósł na nią przekrwione oczy, a następnie spojrzał w stronę leżących na biurku kartek. Zdezorientowana podeszła, a z każdym krokiem, kiedy litery stawały się coraz większe, a rysunki coraz bardziej wyraźne, ona bladła. -Skąd to masz?- spytała siląc się na spokój.
-Dostałem pewne wskazówki, że możesz nie być ze mną do końca szczera- odparł beznamiętnie, nadal na nią  nie patrząc.
-Od kogo?
-Nie sądzisz, że to ja powinienem zadawać pytania?- zapytał, patrząc w jej oczy. Przestraszyła się, dawno nie widziała w jego spojrzeniu takiego chłodu. Wolała go nie drażnić.
-Co chcesz wiedzieć?
-Może to, dlaczego przez cały ten czas mnie okłamywałaś? Dlaczego niemal każdego dnia śmiałaś mi się w twarz?!- podniósł głos, gwałtownie wstając  i stając na przeciwko niej. 
-Draco to nie tak...-próbowała mu przerwać
-A jak?!  Codziennie patrzyłaś, jak bardzo męczę się ze świadomością, że chłopaki i moja dziewczyna nie żyją. Widziałaś jak bardzo nie mogę sobie z tym poradzić i jak za nimi tęsknie. Pocieszałaś mnie, mówiąc, że to i tak niczego nie zmieni, że nie cofniemy czasu, a ty mogłaś po prostu pomóc im wrócić. Czemu tego nie zrobiłaś?
-Nie mogłam...
-Mogłaś. Dobrze wiemy, że mogłaś. Odkryłaś to niedawno, więc wszystko pamiętasz.
-Nie zrozumiesz-próbowała się bronić, mając łzy w oczach, kiedy Draco niemal się na nią rzucił.
-Masz racje, nie zrozumiem. Nie wiem, czemu to przede mną ukrywałaś. Bałaś się, ze cię zostawię?
-To nie o to chodziło.
-A o co?!- krzyknął, ściskając jej ramiona. 
-Nie mogę- wyszeptała, pozwalając łzom płynąc po twarzy.
-Czego nie możesz? Teraz nagle nie możesz mówić? Jakoś wcześniej sobie radziłaś mówiąc te wszystkie podnoszące na duchu monologi. Do cholery Alea, jeśli potrafisz ich przywrócić to po prostu to zrób. Wtedy zapomnimy o całej sprawie!- wrzasnął i odsunął się od niej, widząc, że cała się trzęsła.
-Nie- powiedziała ledwo słyszalnie
-Słucham?- Draco miał nadzieje, że się przesłyszał.
-Nie zrobię tego- rzekła już pewniej.- Owszem mam taką moc, mogłabym to zrobić, ale tego nie zrobię. Nie przywrócę nikogo. Ani Davida, ani Vicenta, ani Adama, ani twojej Leaili. A wiesz czemu? Bo to nas zniszczy, to nas wszystkich zniszczy.- uniosła głos, nadal jednak płacząc.
-To ty nas niszczysz, robiąc wszystko pod siebie! Nie potrafisz znieść myśli, że ktoś może być szczęśliwy bez twojej obecności, bez twojego udziału. Nie zawsze będziesz najważniejsza, pogódź się z tym. Dam ci jeszcze czas, na przemyślenie tego i...
-Powiedziałam, że tego nie zrobię!- krzyknęła- Kto jest martwy, ma zostać martwy, taka jest kolej rzeczy i nic z tym nie zrobisz, rozumiesz? Oni już nie żyją. Nie ma ich tu. 
-Leaila jest. Wróciła.
-Wrócił kawałek jej osoby. Zrozum, jej już nie ma. Jest tylko błąkająca się dusza, która nie może znaleźć spokoju, bo wciąż roztrząsasz jej śmierć i jest tylko jej gnijące ciało. Nie ma już twojej Leaili! Kiedy to zrozumiesz? Ona odeszła i nie może wrócić. Jej miejsce jest po tamtej stronie!
-Wyjdź.- warknął
-Słucham? Powiedziałam coś, co zabolało i mam wyjść? Bardzo dojrzałe Malfoy, ale czego innego mogłam się po tobie spodziewać. Nigdy nie lubiłeś prawdy. 
-Wynoś się stąd, rozumiesz?- powiedział najbardziej zimnym tonem, na jaki było go stać- Zabieraj swoje rzeczy i się wynoś. Nie chcę cię nigdy więcej widzieć. 
-Nie mówisz poważnie- zaśmiała się zbita z tropu
-Masz pół godziny na spakowanie i zniknięcie z mojego mieszkania. Kiedy wrócę, ma nie być po tobie śladu.- dodał, wymijając ją.
-Jak masz żyć przyszłością, skoro nie chcesz zamknąć za sobą przeszłości?- spytała, a Draco jedynie odwrócił się przez ramię i rzucił.
-Pół godziny.
Usłyszała trzask drzwi, podeszła do progu i powoli się po nim osunęła. Nie mogła w to uwierzyć. Straciła go. Przegrała. Przegrała z martwą dziewczyną. 


piątek, 18 lipca 2014

45. Swearing

- Nie uważasz, że zostawienie swojego gościa samemu sobie jest bardzo nietaktowne, nawet jak na ciebie?- spytał Dracon opierając się o wielkie poduszki i podrzucając szklaną kulę.
-Zarzucasz mi brak kultury Malfoy? Bo nie jestem pewna, czy powinnam się obrazić.- rzuciła z uśmiechem, wychylając się przez okno. Przymknęła oczy, czując na sobie powiew ciepłego wiatru. Tego dnia było wyjątkowo ciepło, dlatego z przyjemnością przyjęła propozycję Lomaliee, by spędzić dzień w wiosce razem z jej dziećmi i zostać wieczorem na małej zabawie, urządzonej z okazji narodzin pierwszej córki jednej z kobiet zamieszkujących wioskę. To była ich tradycja, a również pierwsze dziecko narodzone od jakiegoś czasu. To ludzie lubiący się bawić, ale niestety nie mieli nigdy zbyt wielu okazji, dlatego zawsze hucznie świętują powitanie nowego mieszkańca, jeśli urodzi się dziewczynka, prawo do świętowania mają kobiety, kiedy chłopiec, świętują mężczyźni. Podczas takich spotkań dziecko otrzymywało błogosławieństwo od każdego mieszkańca tej samej płci. To coś w rodzaju obdarowania swoimi najlepszymi cechami. Dzielono się tajnikami wychowania, podpowiadało się przepisy na różne eliksiry. Wybierano imię. Każda z uczestniczek spotkania dawała różne sugestie, matka wybierała te, które najbardziej jej odpowiadały, ale imie musiało być jeszcze zatwierdzone. Przez najstarszą z rodu, oraz przez władcę. Chciano tym podkreślić, jakim autorytetem dla  mieszkańców wioski są Salarini. Poprzednie pokolenia bywały raczej tylko na momencie wyboru imienia i błogosławieństwie, ale jak mówiła Lomaliee, matka Alei bywała na całych uroczystościach. Dziewczyna stwierdziła więc, że i ona dotrzyma kobietom towarzystwa przez cały czas, rekompensując okres, kiedy nie miały swojej pani. To dobra okazja, by podpytać o jej rodzinę i by przypomnieć sobie kilka zaklęć. Jedynym minusem tego spotkania był fakt, że nie mogła zabrać ze sobą pozostałych mieszkańców zamku, co równało się z tym, że Draco był skazany albo na cały dzień spędzony w samotności, lub w towarzystwie Tripa, Chestera i Clawtena
-Nadal nie rozumiem, czemu nie mogę po prostu wrócić do siebie, to lepsze niż siedzenie w tej twierdzy i gapienie się w ściany.
-Zawsze możesz pozwiedzać, jestem pewna, że Chester chętnie cię oprowadzi.- powiedziała kierując na niego wzrok, a kiedy usłyszała lekceważące prychnięcie, dodała surowo.- Mógłbyś pokazać chociaż trochę pozytywnych uczuć, on jako jedyny nie jest do ciebie uprzedzony, nic ci nie zrobił, a ty już go zaszufladkowałeś.
-Przepraszam, dobra? Nie denerwuj się, po prostu jest różnica między tolerowaniem swojej obecności, a siedzeniu razem przy kominku i popijaniu ognistej. Nie wymagaj, żebyśmy stali się najlepszymi przyjaciółmi.
-Nie wymagam Draco. - westchnęła, przysiadając się do blondyna i opierając się o jego ramie. - Po prostu chciałabym, żebyśmy mogli przebywać w swoim towarzystwie nie martwiąc się, czy z którejś strony nie poleci Crucio.
-Jedynymi zdolnymi do tego osobami jesteś ty i twój brat, nie jestem głupi, nie zaatakuję nikogo nie na swoim terenie. Nie masz się o co martwić.
-Wiesz. Cieszę się, że tu jesteś. Miło jest odciąć się na trochę od tego wszystkiego.
-Odciąć się? A kto w ukryciu ćwiczy uroki? Mieliśmy dać sobie spokój z magią na kilka dni, a ty ciągle coś trenujesz.
-Nie chce dać się zabić Draco.- uśmiechnęła się lekko i wstała z łóżka. - Idę do wioski, nie wiem kiedy wrócę, ale wiesz gdzie mnie szukać. Nie zawiedź mnie Malfoy. - mówiąc to zamykała już za sobą drzwi. Kilka minut później usłyszał ryk Gryfa, a przez okno dostrzegł oddalającą się sylwetkę. To zadziwiające jak szybko nauczyła się znowu nim poruszać. Atmosfera zamku bardzo pomagała jej w nauce zaklęć. Odzyskiwała moc, czasem zaskakując nawet siebie. Jedyne, co go martwiło to brak wizji. Od kiedy wybiegła z pokoju, pierwszego dnia ich pobytu nic się nie wydarzyło. A ona sama nie wie, czemu tak postąpiła. Nie pamięta tego i właściwie podchodzi do tej sytuacji dosyć sceptycznie. Arystokrata przeciągnął się leniwie i postanowił wyjść z komnaty. Nie miał ochoty na leżenie i gapienie się w okno. Zamknął za sobą drzwi, kłaniając się stojącemu na straży rycerzowi. Ledwo zdążył wyjść ze skrzydła, a już w korytarzu spotkał jednego z mieszkańców.
-Czaiłeś się, odkąd Alea wyszła, żeby mi czymś dowalić?- spytał Malfoy uśmiechając się cynicznie.
- A ty czekałeś, aż wyjdzie, żeby zaatakować, kiedy śpię?- odparł Chester dokładnie takim samym tonem, opierając się  o jeden z filarów i zaplatając ręce na klatce piersiowej. Stali przez chwilę nieruchomo,  mierząc się wzrokiem.
- Jak za starych, dobrych czasów, prawda Catscare? - zaśmiał się lekko, przysiadając na stopniu.
- Za starych na pewno, ale nie wiem, czy takich dobrych Malfoy. - odparł, siadając obok niego.
- Czasy Hogwaru były właściwie całkiem zabawne...
-Do czasu- wtrącił Chester. - Kiedy wkroczył twój rocznik wszystko zaczęło się komplikować.
- To raczej nie wina rocznika, że Czarny Pan wybrał sobie taki moment na powrót, no...może Potter miał w tym jakąś zasługę.
-Zabawne, że nadal mówisz na Voldemorta tak, jakbyś się go bał. On już nie wróci. Nie trzeba nazywać go Panem.
- Zawsze będę Śmierciożercą. To, że znak wyblakł, nic nie znaczy, to siedzi zbyt głęboko, żeby od tak się tego wyzbyć. Ale ty powinieneś wiedzieć to najlepiej.
-Tak, powinienem. Ale dla dobra wszystkich staram się o tym zapomnieć.
- Nie powinno się zapominać o tym, co prawie wyniosło nas na szczyt. Dużo zawdzięczamy Voldemortowi, bez niego nie mielibyśmy tej pozycji, którą mamy teraz. - dobiegł ich głos zza rogu, a po chwili pojawiły się obok sylwetki Tripa, oraz Clawtena. Swobodnie zajęli najniższe stopnie, a po środku, Trip postawił butelkę bursztynowego trunku. Widząc pytające spojrzenie Dracona, dodał.- Przechodziliśmy obok, a że zawsze noszę w kieszeni ognistą, stwierdziliśmy, że  będzie idealna na wspominanie starych czasów.
-Jak zawsze czujny i przygotowany.- zaśmiał się blondyn
-Raczej jak zawsze ciekawski i wszystko słyszący- wtrącił Claw- złapałem go jak nasłuchiwał przez szkło, nikt mu tylko nie powiedział, że do tego używa się szklanki, a nie butelki whisky.
-Przydatna pomyłka, co byś zrobił ze szklanką wilczku? - odparł Trip szturchając przyjaciela.
-Wiecie- powiedział Chester krzywiąc się od ognistej i jednocześnie przekazując butelkę Malfoyowi- Nie sądziłem, że jeszcze kiedykolwiek spotkamy się w tym gronie.
-A, że będziemy pić z Malfoyem, to już w ogóle- dodał Trip, odbierając butelkę od blondyna.
-Wojna jednoczy, zdecydowanie.- stwierdził Draco
-Mam nadzieje, że i tym razem przeżyjemy.- rzucił Clawten, przekazując dalej ognistą.
-Teraz jest gorzej, nie wiemy z której strony uderzą. I w kogo uderzą teraz. Jakie mamy straty panowie? - spytał Chester, spostrzegając, że w tak krótkim czasie pozbyli się prawie całej zawartości butelki.
-Adam, Vincent i David. Nie wiem co z Mauro- podsumował Draco.
-Żyje, ale ciągle ucieka, pewnie niedługo wróci z podkulonym ogonem błagając o ochronę.
-Może to dobrze, wolałbym mieć go pod ręką.
-To zdrajca Malfoy, ale co ktoś taki jak ty może wiedzieć o honorze- parsknął Clawten.
-Nie jesteś odpowiednią osobą, żeby mi to wypominać Salarin. Wiem, że jest zdrajcą, każdy z nas nim był.
-Ma racje, każdy z nas ma coś na sumieniu- poparł Malfoya Chester.- To nie czas, żeby oskarżać się w tym gronie. Jeśli będziemy wzajemnie się zwalczać, nie pożyjemy zbyt długo. My też straciliśmy sporo ludzi, w tym tych z wioski, nie ma miejsca na błędy, bo nie wiemy kto będzie kolejnym celem.
-Raczej nikt z nas, obstawiam kogoś bliskiego Alei, jej jeszcze nie ruszą.
-Skąd wiesz? Jest silniejsza, ale nadal słaba. To łatwy cel. Szybko traci nad sobą kontrolę, nie panuje nad różdżką.
-To gra Trip- przerwał mu Clawten.- Oni czekają, aż będzie silniejsza, by w chwilę zabrać jej wszystko i zrównać z ziemią. Oni też chcą się zabawić, ale jedno jest pewne. Mogą zniszczyć wszystkich, ale nie nasze rody.
-Przysięga do czegoś zobowiązuje, nawet ludzi bez honoru- zaśmiał się Chester, odstawiając prawie pustą butelkę.
-Nasi przodkowie jej dotrzymywali
-Bo nie byli wystawieni na próbę- stwierdził Dracon.
-Racja. Żaden z nich nie miał wśród przyjaciół  maszyny do zabijania, która tylko czeka na podłączenie.- skomentował to Trip.
-Żaden z nich nie był z taką maszyną.- dodał Dracon
- I żaden nie miał nienawidzącej go siostry, która działa jak pod wpływem uroku.- skończył Clawten. Cała czwórka patrzyła przez chwile w tylko sobie znane punkty, zastanawiając się co mają robić. Ciszę przerwał Claw, ponownie zabierając głos i unosząc butelkę- Za Alee, by nigdy nie przypomniała sobie, że jedyną istotą, której powinna się bać, jest ona sama.





Alea siedziała na środku drewnianej kłody, otoczona przez mieszkanki wioski. Obok niej, zaszczytne miejsce zajmowała Bannese, świeżo upieczona mama. Trochę dalej, przy ognisku, obserwując wszystkich zgromadzonych siedziała Kathale, najstarsza kobieta w wiosce. Obecne matki podarowały Bannese rzeczy, które przydadzą się jej przy małym dziecku, część z kobiet pobłogosławiło już maleństwo proponując przy okazji imiona. Młoda Pani zastanawiała się, jakie błogosławieństwo mogłaby dać małej. Nie była zbyt dobra, hojna, wybitnie uzdolniona, nie posiadała zdolności przywódczych. Nie wiedziała, czy jest w niej coś, co sprawiłoby, że życie tej małej, śpiącej w ramionach matki dziewczynki będzie łatwiejsze. Tkwiła gdzieś w swoich myślach, dopiero kiedy poczuła rękę na swoim ramieniu, spojrzała na Bannese.
-Pani, czy moja córka dostąpi tego zaszczytu i otrzyma od pani błogosławieństwo?- spytała młoda dziewczyna z lekkim strachem. Alea poczuła, że wszystkie spojrzenia skierowane są na nią.
- Oczywiście Bannese, to dla mnie ogromna przyjemność i wyróżnienie, że w tej wspaniałej dla ciebie chwili chciałaś i mojej obecności. Czy każda z was obdarowała ją już dobrym słowem, oraz imieniem? - kiedy wszystkie kobiety przytaknęły, Alea wstała i gestem poprosiła młodą matkę, by zrobiła to samo. Płomienie z ogniska oświetlały bok jej twarzy. Lekki, ledwo wyczuwalny wiatr poruszał jej długimi włosami, oraz wprawiał w ruch lekki materiał granatowej sukni. Stanęła na przeciwko kobiety z dzieckiem i delikatnie chwyciwszy małą dłoń, ciepłym, spokojnym głosem zaczęła mówić- Ja, Aleandra Emrisse Salarin, opiekunka  ziemi  Aparare,  pani Casa de Rau, potomkini Wielkiego Merlina, witam ciebie, wśród twojej nowej rodziny, która będzie się o ciebie troszczyć, wychowywać zgodnie z naszą wiarą, uczyć szacunku i pokory, oraz nauczy cię, jak wyjątkową istotą jesteś. Z mojej strony mogę ci przysiądź, że wrota zamku zawsze będą dla ciebie schronieniem, a moim błogosławieństwem, niech będzie to, co we mnie najtrwalsze i najbardziej szlachetne, czyli siła. - odłożyła malutką dłoń i dotknęła czoła dziewczynki.- Chciałabym, żeby nosiła imię Viitorie. Bo jest naszą przyszłością. - podniosła oczy na jej matkę, a ta skinęła głową.
-Niech tak będzie pani, to będzie dla niej zaszczyt nosić imię wybrane przez panią.
-Nie jestem pewna, czy do końca będzie to zaszczyt młoda damo, ale tym razem muszę zgodzić się z naszą młodą panią. To dziecko to nasza przyszłość, więc nie pozostało na nic innego, niż cieszyć się, z przyjścia na świat maleńkiej Viitorie. - wtrąciła Kathale, bacznie obserwując reakcje Alei na jej słowa. Zgodnie z jej przypuszczeniem, oczy dziewczyny zapłonęły złowrogim, bursztynowym blaskiem, ale nic więcej się nie stało. Z uśmiechem kiwnęła na nią głową, zadowolona z tego, że młoda Salarin coraz lepiej radzi sobie z kontrolą mocy, oddaliła się w stronę swojej chaty.  Alea natomiast, przez chwilę wytrącona z równowagi, starając nie dać  po sobie poznać, iż słowa starszej ją uraziły, wróciła do rozmowy z mieszkankami, zerkając na śpiącą Viitorie. W jej oczach pojawiły się łzy wzruszenia, kiedy widziała z jaką miłością matka patrzy na dziecko. Powstało w niej też dziwne uczucie, że ona nigdy nie była tak kochana. Była pewna natomiast, że to dziecko osiągnie w życiu wiele. Jej zadaniem jest tylko zadbać, by żyła jak najdłużej chroniąc jej wioskę i pilnując, by zawsze otaczała ją szczera troska i miłość.


Blond włosa kobieta przechadzała się niespokojnie po salonie. Obcasy jej butów stukały o czarno-białą podłogę, przypominającą szachownice. Poprawiała idealnie leżące poduszki, przejeżdżała dłonią po wyrytych w kolumnach wężach. Nie była w stanie ustać kilku sekund w jednym miejscu, więc ciągle się przemieszczała, sprawdzając, czy na pewno wszystko wygląda nieskazitelnie. Musiała się czymś zająć.
-Kochana, usiądź proszę, to, że tak się kręcisz zaraz wywoła u mnie zawroty głowy- rzuciła z uśmiechem siedząca na kanapie kobieta, mniej więcej w jej wieku. Miała spięte włosy, nawet pojedynczy kosmyk nie miał prawa opaść na jej czerwoną suknię. Kiedy jej towarzyszka usiadła obok z westchnięciem, posłała jej promienny uśmiech i położyła dłoń na jej ramieniu. - Myślę, że za bardzo się tym wszystkim przejmujesz moja droga. 
-Jak możesz mówić, że za bardzo przejmuję się moim dzieckiem?- lekko się uniosła.
-To nie jest już dziecko, jest praktycznie dorosły.
-On tak mało wie. Może sobie nie poradzić, ma zbyt dużo na swoich barkach, to za duża odpowiedzialność. Nie, on nie powinien być postawiony w takiej sytuacji. Nie teraz, to zdecydowanie nie powinno mieć miejsca. -mówiąc to, głos się jej załamywał. 
-Narcyzo najwyższy czas się z tym pogodzić. Draco zostanie Śmierciożercą, a ty musisz go w tym wspierać. Bądź dobrą matką, a nie histeryczką. 
-Wybacz moja droga, ale nigdy nie byłaś moim autorytetem pod względem wychowywania dzieci.- odparła chłodno, wstając z kanapy. 
-Wychowałam syna na odważnego, silnego i mądrego mężczyznę.- stwierdziła dumnie, ukrywając urazę.
-Masz rację, wychowaliście go w doprawdy wspaniałej atmosferze, tak wspaniałej, że postanowił się od was uwolnić i uciekł. Proponuję napisanie podręcznika z poradami jak być dobrym rodzicem. 
-Przynajmniej nie boi się własnego cienia i potrafi walczyć. Nie martwię się o niego, poradzi sobie. 
-Zachowujesz się, jakby wcale nie interesowało cię, co dzieje się z twoimi dziećmi. Twój syn ma 22 lata, twoja córka 15, a ty zachowujesz się tak, jakby każde z nich było w średnim wieku, miało swoje rodziny i ciepłą posadę w Ministerstwie. Gdyby któremuś z nich coś się stało, minęłoby kilka dni, zanim to by do ciebie dotarło i śmiem wątpić, że ubolewałabyś z tego powodu.
-Jak śmiesz zarzucać mi, że nie kocham własnych dzieci? - zdenerwowała się kobieta i gwałtownie wstała ze swojego miejsca.- To, że nie chroniliśmy ich przed wszystkim nie oznacza, że chcieliśmy ich krzywdy. Wiedzieliśmy jakie mamy czasy, wiedzieliśmy, że On może wrócić i trzeba będzie znowu stanąć przy jego boku, a nasze dzieci będą musiały być silne, bezwzględne i wytrwałe. Przez cały ten czas uczymy ich walki, odwagi, radzenia sobie w sytuacjach bez wyjścia. Dla ich dobra.
-Nie wmówisz mi, że nauczenie tej dziewczyny, że oszustwa, rzucanie uroków i zabójstwa były celowym aktem wychowawczym, by lepiej jej się żyło. To jeszcze dziecko. 
-Dzięki temu przeżyje kilka lat więcej. Zobaczysz kochana, za kilka lat będziemy siedzieć przy wspólnym stole, a dookoła będą biegać nasze wnuki.- uśmiechnęła się blondynka, nie dając poznać po sobie, iż kilka minut wcześniej była tak zdenerwowana, że ledwo powstrzymywała się od ataku. Obraz zaczął się rozmazywać, a kiedy zniknął całkowicie, Narcyza wynurzyła głowę z Myśloodsiewni. Poprawiła włosy, które przysłoniły jej oczy. Potrzebowała tego, by zobaczyć tę rozmowę. By jeszcze raz przeanalizować jej treść. To było ich ostatnie spotkanie. Ona o tym wiedziała. Doskonale wiedziała, że już nie wróci. Narcyza Malfoy mimo upływu wielu lat, nie potrafi zrozumieć postępowania tej kobiety. Jej zachowania były ze sobą zupełnie sprzeczne. Wychowywała dzieci tak, by dały sobie radę, jednocześnie nie interesując się tym, czy właściwie jeszcze żyją. Nie sądziła, że będzie miała jeszcze kontakt z tą rodziną. Spodziewała się, że kiedy Voldemort przegra, oni zaszyją się gdzieś w jednej z posiadłości na kilka lat, że przeczekają, aż wszystko się uspokoi i wrócą, w świetle chwały, jako najsilniejszy ród. Ale tak się nie stało. Najpierw w powietrzu rozpłynął się Frollo. Potem Niobe. Clawten zginął. Pozostała tylko ona. Alea. Czarna owca rodziny. Narcyza wiedziała, że dziewczyna nie powinna żyć. Że przez te wszystkie lata igra ze swoim przeznaczeniem, a za jej plecami dla asekuracji ciągle stoi jej ojciec. Kochał ją. Z ręką na sercu można powiedzieć, że Frollo kochał swoją córkę jak nikogo innego. Nie dowiedziała się czemu przeżyła. Widocznie miał w tym swój cel. Wiedziała też, jak Lucjusz ukrywa przed nią zainteresowanie tą dziewczyną. W ich domu nigdy oficjalnie nie powiedziano, że rody Malfoyów i Salarinów się znają, chociaż było to nieuniknione. Lucjusz i Frollo znali się z czasów szkolnych. Nie można powiedzieć, ze się przyjaźnili, ale szanowali i wspierali. Lucjusz traktował Alee, jak swoją córkę. Była dokładnie taka, jak powinna być jego córka. Zimna, wyrachowana, pełna klasy, dumna ze swojego pochodzenia. Nigdy jednak nie powiedział swojej żonie i synowi, że ją poznał. Tak samo, jak ona nie mówiła, że spotyka się z Niobe. Bardziej  z grzeczności, niż sympatii. Z tą rodziną zawsze wiązały się tajemnice. Nigdy nie mówiono o nich wprost. Zawsze był ten dziwny rodzaj strachu, że ktoś się dowie. Na prawdę myślała, że te czasy są już za nią. Ale w ich domu pojawiła się zagubiona Alea, zupełnie nieświadoma swojej mocy. Może nie zrobiłoby to na niej wrażenia, gdyby nie fakt, że Dracon wydaje się być zaangażowany w tę znajomość, co kilka lat temu ucieszyłoby Lucjusza. Ale nawet nie to, było tak znaczące. Coś w niej pękło, kiedy kilka dni temu dostała wiadomość, przyniesioną przez kruka. To było kilka słów, ale właśnie wtedy poczuła na swoich barkach ogromny ciężar, który chce nosić. Bo ta dziewczyna zasługuje na spokojne życie. Zasługuje na życie, co było zawarte w wiadomości. Wyciągnęła list z kieszeni i podpaliła, by Lucjusz przypadkiem go nie znalazł. To jej zadanie. Wykona je. Nie dla autora wiadomości. Nie dla siebie, by uspokoić sumienie. Nie dla Lucjusza, który traktował Alee jak córkę. Nie dla Draco, dla którego dziewczyna jest ważna. Dla Alei. By wreszcie otrzymała troskę i opiekę, o którą zabiega od lat.


Długo mnie nie było. Prawda? Za długo. Dziękuję tym, którzy ciągle czekali. Dobrze wiedzieć, że jesteście. Ja też już jestem. Postaram się być. Wy też bądźcie :)

sobota, 16 listopada 2013

44. You’re dead

-Dobrze Trip- powiedziała powoli Alea, zatrzymując się na chodniku i łapiąc chłopaka za ramiona.- Teraz spokojnie, jeszcze raz powiesz mi co się stało i czemu tak biegniemy, bo jak na razie, zrozumiałam tylko coś o kimś w wiosce. Musisz mówić jakieś cztery razy wolniej i zdecydowanie mniej machać rękami, bo mam wrażenie, że zaraz mnie uderzysz. - wciąż trzymając dłonie na jego ramionach przyglądała się uważnie jego twarzy. Chłopak wpadł na nią, kiedy szła na miejsce spotkania. Był czymś bardzo zaaferowany i przejęty, Alea miała duży problem, by zrozumieć co do niej mówi. Ten zamknął na chwile oczy, wziął głęboki wdech i starając się mówić jak najbardziej logicznie, zaczął.
-Do zamku przyleciała sowa, wysłał ją ktoś z wioski. Napisali, że przybył ktoś, kto chce się z tobą spotkać. Nie wiedzą kim jest, była wyczerpana. Wyszła zza wzgórz, zdążyła powiedzieć tylko tyle, że musi porozmawiać z Emrisse, potem zemdlała. Lomaliee zabrała ją do siebie, napisali, że dziewczyna była bardzo poraniona, mieli ją opatrzyć. Claw zszedł do nich, myślał, że ją rozpozna, ale nic z tego. Majaczyła tylko coś o jakimś Willu, że wszystko będzie dobrze i że wróci. Coś tu jest bardzo nie tak.
-Czemu miałaby mnie szukać? Jeśli zna moje drugie imię, to znaczy, że mnie zna.
-A to znaczy, że są ludzie, którzy wiedzą, że wróciłaś.
-To ja gdzieś wyjechałam? A...no tak, zapomnij - dodała po chwili, kiedy przypomniała sobie, że przez jakiś czas zupełnie zniknęła z magicznego świata, będąc pod opieką swoich zastępczych rodziców w Wilmslow. Jeszcze wiele rzeczy pozostało niewyjaśnione. Na przykład to, czemu nikt jej nie szukał, albo to, czemu ktoś w ogóle się jej pozbył. Jakby ktoś bardzo chciał, żeby zniknęła, zabierając ze sobą wszystkie wspomnienia o sobie. By nikt o niej nie pamiętał. Co takiego zrobiła? A może co takiego zrobiono jej? Nadal zastanawia się, czy powinna wracać. Może ktoś zrobił jej przysługę, dając jej nowe życie. Jednak teraz to wszystko doszło za daleko. Pojawiło się zbyt wiele wspomnień. Ludzi. Mocy. Nie odpuści, nie teraz. Spojrzała na Tripa, który, myśląc, że wciąż go słucha, kontynuował opowieść. Uśmiechnęła się lekko, ciesząc się z tego, że ma go obok siebie. Był chyba najbardziej pozytywną i radosną osobą w jej życiu. Chociaż jest świadoma tego, że nie jest święty. Zrobił wiele złych rzeczy, z niektórych jest nawet dumny. Ale jest jej przyjacielem. W jego niebieskich oczach zawsze jest dla niej tyle ciepła, szczerości. Wsparcia.
-Alea, słuchaj. -  jego ciepły głos wyrwał ją z rozmyślań. -Ja wiem, że nie wszystko jest z tobą zupełnie dobrze. Ty i Claw macie swoje odchyły, ale myślę, że to u was po prostu dziedziczne, ale zaczynam się bać, kiedy uśmiechasz się właśnie wtedy, kiedy mówię o tym, że ludzie  o tobie wiedzą i ktoś znowu może chcieć cię zabić. Mogłaś wcześniej dać znać, że wcale nie planujesz długo pożyć, nie łapałbym cię, kiedy prawie wpadłaś pod samochód. - uśmiechnął się do niej cynicznie, na wspomnienie zdarzenia, sprzed kilkunastu minut.
-Po prostu cieszę się, że cię widzę Trip. Czemu ciągle doszukujesz się w moim zachowaniu drugiego dna?
-Nazywasz się Salarin. Wy nie macie uczuć- odparł z pewną powagą
-Ranisz- powiedziała teatralnie, po czym parsknęła śmiechem i delikatnie odepchnęła Tripa od siebie. Miała dodać coś jeszcze, ale zobaczyła, że dotarli na miejsce, więc jedynie popatrzyła ponaglająco na chłopaka, by jak najszybciej przeniósł ich do domu. Była zdana na swoich przyjaciół, bo sama nie potrafiła się teleportować. Podobno była to jedna z umiejętności, której przez bardzo długi czas nie potrafiła opanować. Wstrzymała oddech, kiedy poczuła to nieprzyjemne zawirowanie w brzuchu. Wypuściła powietrze w chwili, kiedy poczuła na sobie przyjemny powiew wiatru i bardzo szybkim krokiem ruszyła  w stronę domu Lomaliee. Zobaczyła Leona siedzącego przed drzwami, uśmiechnęła się do niego, a kiedy podeszła bliżej potargała mu włosy, na co chłopiec nieznacznie się skrzywił. Weszła do pomieszczenia, gdzie na łóżku leżała brązowowłosa dziewczyna, mogła być w jej wieku. Spała, a Lomaliee delikatnie przecierała jej twarz mokrą tkaniną. Na policzkach były widoczne lekkie zadrapania, dłonie nadal  były zakrwawione. Kobieta widząc zaniepokojone spojrzenie wskazała głową na kupkę ubrań leżącą obok. Podeszła do nich jak najciszej potrafiła i podniosła do góry. Były porwane, w niektórych miejscach ponadpalane. Walczyła. Tylko z kim?
-Obudziła się w międzyczasie?- spytała szeptem.
-Raz. Ale raczej nie była przytomna. Potrzebuje jeszcze troche czasu na odpoczynek. Martwią mnie jej rany. Są poważne, nie potrafię ich uleczyć, nasze eliksiry są za słabe.
-Mogę je zobaczyć?
-Oczywiście. -odparła i popatrzyła na Tripa i Chestera, którzy wciąż byli obecni, dając do zrozumienia, że powinni wyjść. Kiwnęli jedynie głowami i skierowali się  stronę wyjścia. Alea słyszała jeszcze, jak zwracają się z czymś do Leona. Lomaliee odkryła posłanie, a Alea głośno wypuściła powietrze. Na ciele dziewczyny było wiele, głębokich ran. Nie była w stanie określić czym były zrobione. Część wyglądała, jakby wykonano je ostrym przedmiotem, a część przypominało dosyć poważne oparzenia.
-Może uda mi się coś z tym zrobić.- powiedziała cicho i przeniosła swoje dłonie na najgorzej wyglądającą ranę. Wzięła mocny wdech i zamknęła oczy, by lepiej się skupić. Czuła, jak w środu gromadzi się energia. Ciepło rozchodziło się po całym ciele. Czuła, jak mocny prąd przechodzi gdzieś z okolicy mostka i kieruje się do rozłożonych dłoni. Skupiła się na tym, że chce pomóc dziewczynie. Wyczuwała, jak zła energia promieniuje z ran, walczyła z jej mocą, ale dziewczyna się nie poddawała. Całą sobą robiła wszystko, by wyciągnąć z bezwładnego ciała to, co ją niszczyło. Na jej czole zaczęły się pojawiać maleńkie krople potu. Zaklęcie wymagało dużego nakładu pracy i sporej siły. Kiedy stwierdziła, że zaczyna słabnąć, wolała nie ryzykować i przestała potarzać formułkę zaklęcia. Otworzyła oczy i z dumą zobaczyła, że rany wyraźnie się zmniejszyły. - W tej chwili nie mogę nic więcej. Klątwa była silna, ktoś wyraźnie chciał jej zaszkodzić. Mam nadzieję, że zaraz się obudzi.
-Dodałaś jej sił, więc lada chwila powinna wstać. Zostawię was same, może bać się przy mnie mówić.
-Dziękuję ci Loamliee, cieszę się, że jej pomogłaś.
-Nie ma za co pani, niedługo wrócę zrobić nowe opatrunki.- mówiąc to ukłoniła się jej i zamknęła za sobą drzwi. Alea wstała z łóżka i zaczęła chodzić po pomieszczeniu. Zastanawiała się kim może być ta dziewczyna i czego od niej oczekuje. Wydawało się jej, że nie jest zagrożeniem. Potrzebowała pomocy, była ranna. Kto jest na tyle zdesperowany, by prosić o pomoc rodzinę Salarin? Zaimponowała jej. Nie przejmowała się stereotypami, jakie są rozgłaszane o ich rodzinie. Nie bała się tu przybyć i prosić o pomoc. Jeśli miała w sobie tyle odwagi i siły, by o nią prosić, Alei nie pozostaje nic innego, jak tylko jej pomóc. Po kilkunastu minutach z ulgą zobaczyła, jak powieki brunetki się podnoszą. Bała się poruszyć, ale uważnie badała wzrokiem otoczenie.
-Jak się czujesz?- spytała Alea, wychodząc z cienia, by mogła ją zobaczyć.
-Jakbym na chwilę umarła i teraz bardzo boleśnie wracała do życia.- szepnęła słabo, starając się podnieść, ale Alea szybko ją powstrzymała.
-Nie wstawaj, jesteś jeszcze za słaba. Nie mogłam całkowicie zlikwidować ran, są tylko trochę zaleczone. Potrzebujesz kilku dni, by dojść do siebie.
-Nie mogę tu tyle zostać, muszę wrócić do Willa, on mnie potrzebuje.
-Kim jest Will? To dla niego tutaj przybyłaś?
-Tak...Emrisse, on ma bardzo mało czasu. Błagam...musisz nam pomóc.
-Ktoś was zaatakował? Patrząc na twoje rany to dosyć poważne, z nim jest tak samo?
-Jest o wiele gorzej, mnie zaatakowali, kiedy szukałam wioski. Jego wcześniej. Moje rany są bardzo powierzchowne...
-No, nie powiedziałabym. Nie wyglądają mi na zadrapanie gałęzią. Miały w sobie dużo złej energii. Rzucono na ciebie klątwe, nie wiem jaką dokładnie, ale udało mi się zwalczyć jej działanie. Wiesz kto was zaatakował? I co dokładnie jest Willowi?- spytała, siadając na skraju łóżka.
- Na Willa rzucono ucidere lentă. Wiesz kto stosuje takie metody...I wiesz, jak to działa.- powiedziała drżącym głosem. Wiedziała. To było jedno z tych zaklęć, do których znajomości nie mogła się przyznawać. Klątwa ucidere lentă powodowała stopniowe, bardzo bolesne wyniszczanie organizmu. Jeżeli nie zostanie zatrzymane w odpowiednim czasie prowadzi do agonii, a w efekcie, do śmierci.
-Czemu myślisz, że mogę pomóc? To nie ja rzuciłam zaklęcie, nie mogę go odczynić.
-Ale możesz sprowadzić tego, który to zrobił. I możesz sprawić, że to odwróci.
-Myślę, że Cienie nie są chętni do współpracy, zwłaszcza ze mną.
-Emrisse, błagam, musisz coś zrobić. On nie może zginąć.- powiedziała cicho, a w jej oczach szkliły się łzy.
-Bardzo chciałabym wam pomóc, ale obawiam się, że mnie przeceniasz. Nie mam mocy, która wystarczyłaby na kontrolowanie Cieni.
-Przecież wcześniej to robiłaś. Dzięki tobie nikogo nie atakowali...co się stało? Czemu przestałaś nas bronić? Czemu tak nagle zniknęłaś?
-Sama chciałabym to wiedzieć- uśmiechnęła się lekko.- Skąd wiedziałaś, gdzie mnie szukać?
-Miałam nadzieję, że tu wrócisz. Opowiadałaś mi kiedyś o wiosce, mówiłaś, że tutaj jest bezpiecznie, myślałam, że tu się ukryłaś, ale przez ostatnie lata się tu nie pojawiłaś. Oni też nie wiedzieli co się z tobą stało. Nie chciałaś, żeby ktoś cię znalazł? Emrisse, co się stało po Bitwie? Morganon zginął, przez chwilę bałam się, że ty też, ale czułam twoją energię.
-Nie wiedziałam, że ktoś mnie szuka. Ostatnie lata były dla mnie bardzo trudne.
-Rozumiem, śmierć brata musiała być bardzo traumatyczna...dlatego miałam nadzieję, że mnie zrozumiesz. Wiesz, jak to jest stracić kogoś, kogo kochasz.
-Wiem. Ale wiem też jakie to uczucie, kiedy dowiadujesz się, że przez tyle lat żyjesz w kłamstwie. - powiedziała poważnie. Wspomnienie o Clawtenie znowu przywołało ból i rozczarowanie. Wstała z łóżka i kierując się do wyjścia rzuciła jeszcze- Podziwiam upór i wytrwałość, jakie wykazałaś przybywając tu. Pokazałaś, że jesteś godna, by otrzymać pomoc. Nie obiecuję ci, że go uratuje, ale zrobie co w mojej mocy, by klątwa nie zadziałała. Odpoczywaj, musisz szybko wrócić do zdrowia i zabrać mnie do Willa.- uniosła w górę kąciki ust i wyszła przed dom, wołając Lomaliee, by zmieniła dziewczynie opatrunki. Poszła w stronę przyjaciół, którzy siłowali się z jednym z koni, który za nic w świecie nie chciał dać się dosiąść Leonowi.
-Czy on nie jest dla ciebie trochę za duży? - zaśmiała się dziewczyna.- Może powinieneś spróbować na jakimś mniejszym i bardziej oswojonym. Ten wydaje się nie być skory do współpracy. - Parsknęła śmiechem, kiedy biały koń starał się wyrwać. W końcu chłopiec odpuścił i odsunął się od niego, a Trip z Chesterem puścili uprząż. Zwierze niemal natychmiast zerwało się do biegu, ale przystanęło, kiedy Alea zatrzymała się w pobliżu. Popatrzyła prosto w czarne oczy i przekrzywiła lekko głowę na bok. Powoli do niego podeszła i szepcząc coś pod nosem, położyła dłoń na jego łbie. Koń wyraźnie się uspokoił.
-Oszukujesz! Gdybym go zaczarował, to też mógłbym tak zrobić- zawołał z oburzeniem Leon.
-Nie oszukuję, po prostu mam do nich podejście- broniła się dziewczyna.
-Tak, a to mamrotanie przed chwilą to co? Znowu rozmawiasz z własnym ego?- spytał Trip
-Nie wszystko trzeba załatwiać za pomocą czarów. Po prostu dobrze się rozumiemy- posłała im uśmiech i poklepała lekko zwierze, pozwalając mu odbiec. - Możecie mnie przenieśc do Londynu? Muszę coś załatwić.
-Na mnie nie licz, jestem wykończony- Trip podniósł ręce w geście kapitulacji.
-Chester?- spytała z nadzieją w głosie
-Przecież wiesz, że nie potrafię ci odmówić. Co masz do załatwienia?
-Chcę na chwilę wrócić do mieszkania Livii, zostawiłam tam stary szkicownik, a chyba mogą tam być jakieś wskazówki dotyczące klątw. A potem chciałam poozmawiać z Draconem i zabrać go do zamku.
-O nie! Absolutnie się nie zgadzam. Żaden Malfoy nie przekroczy tego progu.- zawołał Trip
-Jakiego progu?- Alea usłyszała za sobą głos brata, który pojawił się znikąd.
-Progu zamku. Twoja siostra chce do nas sprowadzić swojego arystokrate
-Nie zgadzam się- skomentował to krótko Clawten.
-Myślisz, że brak twojej zgody mi w czymś przeszkodzi?- prychnęła Alea
-Myślę, że stanowi to dosyć spory problem, biorąc pod uwagę, że sama go nie przeniesiesz, bo niestety, ale nie masz takiej mocy. Siostrzyczko- blondyn uśmiechnął się cynicznie.
-Myślę, że nie masz prawa mówić mi co mam robić, a czego nie, biorąc pod uwagę, że bardzo szybko odzyskuję moc. Braciszku.- odparła dokładnie takim samym tonem, mrużąc złowrogo oczy.
-Chcesz mnie przestraszyć? Bo słabo ci idzie. - stwierdził z uśmiechem.
-Chyba się zapominasz.- powiedziała powoli, bardzo uważnie akcentując każde słowo. Kiedy Claw chciał coś powiedzieć, zamiast słów, z jego ust wydobyłała się woda. Spojrzał na siostrę ze zdziwieniem, nie mogąc przestać krztusić się wodą. Zalała całe jego płuca tak, że niemożliwe było zaczerpnięcie powietrza. Upadł na ziemię, zaciskając pięści, nie mogąc nic zrobić. Po chwili koszmarne uczucie zniknęło, a Alea patrzyła na niego z tryumfem na twarzy. -Następnym razem mogę tego nie zatrzymać. Uważaj co mówisz, bo możesz wytrącić mnie z równowagi. 
-Nie możesz atakować każdego, kto co się sprzeciwia.- powiedział ze złością Trip
-Nie? Widzisz, ja jakoś nie mam z tym problemu. Słuchaj, wiem, że go nie lubicie, ale Draco jest dla mnie ważny i chcę, żeby przy mnie był. Czy tak trudno to zrozumieć? Tak ciężko wam schować tę cholerną dumę i po prostu mi na to pozwolić?- spytała, a w jej głosie zamiast złości, pojawiło się rozczarowanie.
-Mnie nikt o zdanie nie pytał, nie mieszaj mnie w to- usłyszała głos Chestera.
-Ty się zgadzasz?- zapytała z nadzieją.
-Jak sama stwierdziłaś, nie lubię go. Nie jest typem, z którym mógłbym się zaprzyjaźnić, ale skoro to dla ciebie ważne...
-Czy ty mówisz poważnie? Chester litości! To Malfoy!- krzyknął Claw
-Wybacz stary, jeżeli to sprawi, że Alea poczuje się lepiej, to ja nie mam z tym problemu. No...a poza tym, nie lubię pływać.- odparł z uśmiechem i odszedł od przyjaciół, kiwając głową na Aleę.

Dziewczyna uważnie przeglądała zawartość szuflad, nie mogąc znaleźć swojego szkicownika. Miała nadzieje go znaleźć, ponieważ wydawało się jej, że na jednym z rysunków zapisała coś o klątwie. Kiedy ze złością warknęła i odrzuciła kolejną teczkę, usłyszała pukanie do drzwi. Dosyć zdziwiona poszła je otworzyć, a uczucie pogłębiło się, kiedy w progu zobaczyła Matta.
-Co ty tu robisz?
-Myślę, że to ciebie powinienem o to spytać. Jestem tu częściej, niż ty. Myślałem, że Livia już wróciła. 
-Jeszcze jej nie ma, wejdz.- odsunęła się, umożliwiając mu dostanie się do środka.
-To powiesz mi, co cię tu sprowadza? Myślałem, że już zadomowiłaś się u Dracona.
-Nie mieszkam u niego cały czas. Znalazłam swój dom.
-Nie sądziłem, że kontakty między tobą, a Livią doprowadzą do tego, że się wyprowadzisz. Nie wspominała, że szukasz czegoś nowego.
-Bo nie szukałam. Matt, ja wiem o Casa de Rau. Wiem kim jestem, wiem kim ty jesteś. Wiem, że kilka lat temu wcale nie miałam wypadku, który spowodował zanik pamięci. Nie wiem tylko czemu przez te lata mnie okłamywałeś. Myślałam, że faktycznie coś do mnie czułeś. Że ci zależało.- powiedziała cicho, stając tuż przed nim. Oczy Matta rozszerzyły się ze zdziwienia, nie spodziewał się, że pamięć Alei kiedykolwiek wróci. -Od kiedy wiesz? 
-Kilku miesięcy. Właściwie wspomnienia wróciły zaraz po tym, kiedy znowu zamieszkaliśmy w Londynie. Teraz po prostu wszystko tworzy całość. Dlaczego Matt?- spytała łamiącym się głosem.- Dlaczego nie mogłeś zdobyć się na to, żeby powiedzieć mi prawdę? Naprawdę tak mało dla ciebie znaczyłam?- poczuła, że z jej oczu wypływają łzy. Nie miała zamiaru udawać, że to jej nie ruszyło. Chłopak zawsze był dla niej ważny. Był jedyną osobą, która do niczego jej nie zmuszała, nie poganiała. Akceptowała zmienny nastrój. Matt zawsze był. Czuła się oszukana. Zdradzona.
-Nie myśl tak.- powiedział, wycierając łzy z jej policzków. - Przez ostatnie lata nie miałem pojęcia co robić, nie wiedziałem, czy to wszystko jest słuszne, ale jedyne, czego byłem pewny, to to, że cię kocham Alea. Zawsze byłaś najważniejsza. - wziął jej twarz między swoje dłonie, a swoje czoło oparł o jej. - Nigdy nie chciałem dopuścić do tego, żebyś zwątpiła we mnie. Nawet jeśli ty niczego do mnie nie czujesz. Wiem, że jest Draco. Od początku was do siebie ciągnęło. Nie mogę stawać wam na drodze. Dlatego wolałem się usunąć, chociaż cholernie boli mnie to, kiedy widzę was razem. 
-Jak mogłam dopuścić do tego, żebyś ty zwątpił we mnie?- zapytała, zupełnie nie kontrolując swojego głosu.- Matt tęsknie za tobą. Za siedzeniem na kanapie, wgapianiem się w telewizor, za spacerami. Za tym jak opowiadałeś mi o mnie. Za tym jak dobrze się z tobą czułam. Jestem idiotką, bo nie potrafiłam tego docenić. Przepraszam- zawyła- Tak strasznie cię za to przepraszam. - chciała powiedzieć coś jeszcze, ale poczuła na sobie usta Matta. Poczuła wszystkie uczucia, które nim targały i które były dokładnie takie same, jak te obecne w niej. Tęsknota, żal, potrzeba bliskości. Oddała pocałunek z pełnym zaangażowaniem i zaplotła dłonie na jego karku. Bała się odsunąć nawet na centymetr, jakby w obawie, że on zaraz odejdzie. Ale nie miał takiego zamiaru. Przeniósł swoje dłonie na dół jej pleców, by po chwili zjechać nimi niżej i podnieść do góry. Alea instynktownie oplotła go nogami, nie oddalając się od jego ust. Zrobiła to dopiero wtedy, kiedy poczuła, jak stara się położyć ją na łóżku, jak najbardziej delikatnie. Popatrzyli na siebie przez chwile, jakby utwierdzając się w tym, jak bardzo się teraz potrzebują. Nie spiesząc się, zaczęła odpinać jego koszulę. Całowała każdy, nowo odkryty kawałek jego ciała. Kiedy rzuciła ubranie za siebie, przeniosła swoje usta na jego szyję, pamiętając o wrażliwym punkcie tuż pod linią żuchwy. Mruknęła z niezadowolenia, kiedy chłopak odsunął się od niej, ale uśmiechnęła się, kiedy zorientowała się, że chciał po prostu ściągnąć jej bluzkę. Popchnął ją tak, by położyła się na poduszkach i zaczął całować ją po odkrytych ramionach, kierując się następnie coraz niżej. Zatrzymał się, kiedy napotkał przeszkodę, w postaci spodni dziewczyny, ale szybko się ich pozbył. Alea kilka chwil później nie pozostała mu dłużna, odpinając zamek jego jeansów przejechała dłonią pod gumką jego bokserek. Podniosła się nieco do góry, kiedy jego ręka powędrowała do zapięcia jej stanika, by umożliwić mu zdjęcie go. Tak samo uczyniła z biodrami, kiedy ręce Matta zsunęły się z nich, zdejmując jej koronkową bieliznę. Jęknęła cicho, kiedy poczuła, jak ręka chłopaka znalazła się między jej udami. Kiedy zobaczyła, że nie ma już na sobie bokserek, wypchnęła biodra do góry, ponaglając go. Wydała z siebie gardłowy dźwięk, kiedy poczuła, że znowu stanowią jedność. Za każdym razem, kiedy ich ciała idealnie się zgrywały. Kiedy tak bardzo do siebie pasowali. Wtedy czuła, jak bardzo go potrzebowała. Jak ważny jest dla niej, by znowu był obecny w jej życiu. Nie jest pewna, czy mogła stwierdzić, że jest szczęśliwa. Była rozdarta. Rozdarta między tym, co czuje do Matta, a co czuje do Dracona. Byli dla niej ważni. Każdy z nich dawał jej coś innego. Nie potrafiła jednak stwierdzić, czego potrzebowała teraz. Kiedy po ostatnich wspólnych ruchach zmęczeni opadli obok siebie, popatrzyła na niego z całkowicie szczerym uczuciem. Przysunęła się bliżej  i wciąż ciężko dysząc, złożyła na jego ustach krótki pocałunek. 
-Nigdy więcej nie pozwól mi odejść. Rozumiesz? - spytała i uśmiechnęła się, kiedy popatrzyła w oczy chłopakowi. Nie musiał wypowiedzieć ani jednego słowa. Jego wzrok mówił wszystko. 


Alea siedziała w kuchni, w mieszkaniu Dracona. Wyszła ze swojego starego domu chwilę po tym, kiedy przyszła Livia. Nie dało się nie zauważyć zdziwionego, ale jednocześnie zadowolonego wzroku blondynki, kiedy dostrzegła dawną parę siedzącą razem, będącą zdecydowanie pod wpływem silnych emocji. Policzki nadal ją piekły na wspomnienie sprzed kilku godzin, ale bardzo starała się nie dać niczego po sobie poznać. Udało się jej przekonać Dracona, by został z nią przez kila dni w zamku. Zasugerowała, że jeśli tak bardzo boi się o jej bezpieczeńswto, to może powinien po prostu być tam z nią. Mimo ogromnej niechęci do przyjaciół dziewczyny, zgodził się. Popatrzyła na wiszący zegarek. Chester miał pojawić się u nich za trzy minuty. Draco wszedł do kuchni, wieszając na ramieniu torbę ze swoimi rzeczami. Ciemnowłosa uśmiechnęła się do niego pogodnie, starając się ukryć zawstydzenie, które ją ogarnęło. Trzymała blondyna za rękę, a kilkadziesiąc minut temu spędziła bardzo upojne chwile ze swoim byłym chłopakiem. Tłumaczyła się przed sobą, że właściwie ona i młody Malfoy nie są parą, więc takie zachowanie mogło być do zaakceptowania. Widział, że coś trapi dziewczynę, ale wolał z nią porozmawiać na spokojnie, bez obaw, że za chwilę ktoś się pojawi i zniweczy jego plan. Zgodnie z jego oczekiwaniami, Chester właśnie się pojawił. Posłał wesoły uśmiech Alei, skinął głową na Dracona i bez słowa wystawił swoje ręce, by je złapali i natychmiast przeniósł ich pod zamek. Zostawił ich samych, dając dziewczynie możliwość oprowadzenia gościa, oraz dlatego, że wolał znaleźć się jak najdalej od Malfoya.
-No...nieźle- wydusił z siebie Draco, patrząc z niedowierzaniem na zamek. 
-Nie przesadzaj, ty też nie mieszkasz z chatce ogrodnika- zaśmiała się Alea
-No nie...ale u mnie są okna, no i drzwi, w ścianach są wszystkie części i...
-Tutaj też wszystko jest, po prostu musisz chcieć to zobaczyć, a Casa de Rau musi cię zaakceptować. 
-Co znaczy zaakceptować? 
-Musisz przejść test- wzruszyła ramionami- Chodź- pociągnęła go do największych drzwi i przyłożyła jego dłoń do skały wystającej ze ściany. Szybko ją oderwał, kiedy poczuł bolesny ucisk, Zobaczył, że po skórze cieknie krew.
-To jest ten cały test? Sprawdzacie próg bólu?
-Gdyby to było takie proste- uśmiechnęła się i podniosła dłoń do drzwi. Te otworzyły się, kiedy tylko ich dotknęła.- Teraz pozostaje mieć nadzieję, że zostałeś zaakceptowany.
-A co, jeśli nie jestem?-spytał niepewnie
-Nie przeżyjesz nocy- odpowiedział głos ze schodów, należący do brata dziewczyny.- Nasz dom wybiera sobie gości, jeśli wyczuje w tobie zagrożenie, to już nie zobaczysz się ze swoimi znajomymi Śmierciożercami. To pewnie będzie dla nich spora strata...oczywiście jeśli będą cię pamiętać po wyjściu z zamknięcia. 
-Odpuść Claw- warknęła Alea stając przed blondynem- Zrób mi przysługę i nie wchodź nam w drogę. 
-Och...ja chciałem tylko przywitać gościa- uśmiechnął się promiennie, niezwykle sztucznie.
-Więc już możesz iść. Zajmij się sobą.
-Obwiam się droga siostro, że chwilowo nie posiadam zajęcia, stwierdziłem więc, że doskonałym pomysłem będzie dotrzymanie wam towarzystwa, kiedy będziecie zwiedzać zamek. W końcu jeszcze nie pamiętasz wszystkiego, byłaby szkoda, gdybyście wpadli w pułapkę. Ktoś mógłby tego nie przeżyć- mówiąc to przekrzywił głowę na bok, niemal zabijając Malfoya wzrokiem. Ten jednak obrzucił go jedynie zupełnie beznamiętnym spojrzeniem.
-Myślę, że ze zwiedzaniem poczekamy do jutra, kiedy zrobi się jasno. A teraz pozwolisz drogi bracie- odparła,a  w jej słowach jad był niemal namacalny- Że zabiorę swojego gościa do mojej komnaty. Znajdz sobie znajomych. Wiem, że z twoją osobowością to bardzo trudne, ale może jakiś głupiec cię polubi. Tylko nie pokazuj swojej prawdziwej natury, to może go zniechęcić.  

Pociągnęła Dracona za rękę i wyminęła swojego brata, kierując się w stronę swojej komnaty. Kiedy na ich drodze pojawili się rycerze, nie pozwalając chłopakowi przejść, Alea powiedziała ciche zaklęcie deschide. Dzięki któremu mogli spokojnie przekroczyć próg jej włości. Nagle poczuła silny ból głowy, kiedy powróciło do niej bardzo silne wspomnienie. Zaklęła cicho i wybiegła, krzycząc jeszcze do Draco, że zaraz wróci i ma się rozgościć. Biegła po schodach i korytarzach ignorując rycerzy i pytające spojrzenie Tripa, który właśnie wracał z kuchni. Pobiegła przed wejście, gdzie zostawiła swojego brata. Kiedy zobaczyła, że siedzi na jednym ze stopni zaczęła krzyczeć.
-Ty podły tchórzu! Nie daruję ci tego, rozumiesz? Nigdy ci tego nie zapomnę! Jak mogłeś chcieć poświęcić swoją rodzinę?!- jej oczy ciskały pioruny, barwa tęczówek przybrała bursztynowy odcień, a powietrze wydawało się gotować.
-O czym ty mówisz? -spytał przestraszony zachowaniem siostry. Szybko się podniósł i starał się zachować bezpieczną odelgłość.
-O czym mówię?! O tym, że jesteś potworem! Już wiem, czemu wtedy wyjechałeś. Czemu rodzice nie chcieli, żebyś wrócił. Zdradziłeś nas! Byłeś zdolny poświęcić nasze życie dla kogoś zupełnie obcego! Ta dziewczyna była ważniejsza od nas? Amaya znaczyła dla ciebie więcej niż my?
-Nie rozumiesz...
-Nie chcę rozumieć! Nie chcę wiedzieć jak można być tak bez honoru, żeby zrobić coś takiego. Brzydzę się tobą. Rozumiesz? Brzydzę się i nie chcę mieć z tobą nic wspólnego. Jeżeli tak zachowują się wszyscy, to ja nie chcę nazywać się Salarin. Rodzice też nie są bez winy, prawda? Doskonale wiesz, czemu zniknęli, wiesz, czemu mnie nie szukali. Ja też już wiem. Co, zdziwiony? Nie sądziłeś, że tak szybko odkryję prawdę. Niespodzianka! Pewnie pamiętasz, że mam większą moc, niż możesz sobie wyobrazić. To dlatego...-urwała w pół zdania, kiedy poczuła, że zaczęła się dusić. Claw patrzył jej prosto w oczy z ogromnym smutkiem wypisanym na twarzy. Po jego policzkach ciekły łzy, ale mimo to pozwalał działać zaklęciu. Dziewczyna próbowała z nim walczyć, ale upadła na podłogę, trzymając się za gardło i starając się złapać oddech.
-Wiem, że znienawidzisz mnie za to jeszcze bardziej, ale to za wsześnie Alea...jeszcze nie możesz tego pamiętać.
-Nie!-krzyknęła, a szyby w okiennicach niebezpiecznie się zatrzęsły- Nie możesz mi tego zrobić! Słyszysz? Nie masz prawa!- znowu nie mogła złapać oddechu, krztusiła się, a z jej oczu lały się strumienie łez. Jedną ręką wciąz trzymała się za gardło, a drugą usiłowała podeprzeć, by patrzeć na brata. Czuła, że powoli opuszczają ją siły. Nie potrafiła się bronić.
-Mam nadzieję, że jeśli kiedyś sobie o tym przypomnisz, będę bardzo daleko. Przepraszam Alea, nie mam wyjścia- szepnął, patrząc na nią ze smutkiem, starając się zachować obojętny wyraz twarzy. - Obliviate

Obserwatorzy